A miało być tak pięknie. I było, tylko krótko

Już był w ogródku, już witał się z gąską… Już dotarł na miejsce i zameldował się w hotelu. Chwilę się zdrzemnął, poszedł na spacer po okolicy w oczekiwaniu na moment, w którym zjedzie się reszta ekipy. A gdy w końcu wszyscy się zjechali, usłyszał wiadomość, której usłyszeć nie chciał: ostatni tydzień Giro E został właśnie odwołany.

No cóż. W pewnym sensie spodziewałem się tego od samego początku. Nie można było nie brać tego scenariusza pod uwagę patrząc na to, co dzieje się w całej Europie. I co zdarzyło się dotąd w samym Giro d’Italia, z którego po pierwszym tygodniu wycofały się dwie ekipy. Chyba też nie można było podjąć tej decyzji wcześniej, bo testy wśród załogi Giro E były wykonywane w poniedziałek. Ja wówczas byłem już w drodze do Cividale dei Friuli. Decyzja zapadła po godzinie 19, kiedy okazało się, że kilka z nich, w tym jeden w mojej ekipie, okazał się pozytywny.

Byłem oczywiście, jak wszyscy, bardzo rozczarowany. Ale nie byłem zły, bo w pełni rozumiałem tę sytuację. Istotą Giro E było to, że chociaż była to niezależna impreza, to była bardzo mocno „sklejona” z Giro d’Italia. „Elektryczny” wyścig startował co prawda w innych miejscach, ale jechał tą samą trasą i przyjeżdżał na tę samą metę co zawodowy peleton. Tam spotykał się z tą samą ochroną, odwiedzał to samo podium i stykał się z tą samą obsługą wydarzenia. Dopiero później udawał się do wyodrębnionej strefy, gdzie czekał na koniec etapu Corsa Rosa i transfer do następnej lokalizacji.

Organizująca oba wydarzenia firma RCS Sport musiała podjąć niełatwą decyzję. Odwołanie ostatnich etapów Giro E prawdopodobnie oznacza dla nich spore straty, bo ta impreza miała również całkiem pokaźne grono swoich sponsorów, którzy liczyli na realizację założonych wcześniej celów. Ale jej pozostawienie wiązało się z dużym ryzykiem dla Giro d’Italia, którego przerwanie byłoby dla organizatora kompletną katastrofą. Wybrano rozwiązanie drastyczne ale konieczne.

Nam pozostało tylko wykorzystać pozostały do powrotu do domu czas najlepiej, jak to możliwe. Poszliśmy więc zwiedzić miasteczko i chwilę pooddychać czystym włoskim powietrzem. Człowiek mieszkający od kilku lat w Krakowie nie może takich okazji marnować 😉

Tu słowo o towarzyszach mojej niedoli. Na miejsce dotarłem razem z Frederikiem, francuskim dziennikarzem jednego z magazynów rowerowych, a wieczorem dotarł do nas Alejandro, dziennikarz z Hiszpanii. Ja miałem jeszcze kilka godzin na relaks i spacer, ale Alejandro został złą informacją powitany już na progu. Akurat jedliśmy kolację, kiedy przysiadł się do naszego stolika i kręcąc z niedowierzaniem głową co jakiś czas sondował, czy przypadkiem nie padł ofiarą jakiegoś zbiorowego wkrętu. Niestety nie.

Poszliśmy zatem do miasteczka, przez które dwukrotnie przejeżdżał wyścig. Mieliśmy trochę czasu, więc zaczęliśmy się włóczyć: Frederic poszedł podziwiać „Diabelski Most”, z którego słynie Cividale dei Friuli, Alejandro ruszył na zakupy i obłowił się w „La Gazzettę dello Sport” i włoskie magazyny kolarskie, a ja snułem się bocznymi uliczkami i zasiadłem w jakiejś małej kafejce, żeby się napić porządnego włoskiego espresso.

To właśnie podczas wszelkich podróży lubię najbardziej: zasiąść w ustronnym miejscu, daleko od turystów, zabytków i atrakcji, które mnie najzwyczajniej w świecie nudzą. Zamiast tego wolę właśnie usiąść w jakimś cichym kącie i popatrzeć na to, jak żyją w nim inni ludzie.

A we włoskich małych miasteczkach najbardziej urzeka mnie brak pośpiechu. Za każdym razem nie mogę się nadziwić, dokąd my właściwie codziennie tak bez sensu pędzimy?

Wyścig przejechał raz i drugi, wróciliśmy więc do hotelu, gdzie czekał już na nas transport na lotnisko.

Jadąc myślałem sobie o dwóch rzeczach. Po pierwsze: Włosi zaskoczyli mnie niespotykaną dyscypliną. Na ulicy Cividale nie spotkałem chyba nikogo, kto nie miałby poprawnie założonej maski, zasłaniającej usta i nos. Przyjechało na rowerach sporo amatorów; każdy miał na szyi buffa, którego po zatrzymaniu się natychmiast naciągał na twarz. Bez cierpiętniczych min, bez strojenia fochów i wygłaszania wyssanych z palca teorii o grożącej w wyniku zasłaniania ust grzybicy. W północnych Włoszech chyba każdy zna kogoś dotkniętego chorobą w wiosennej fali pandemii. To uczy pokory. Mam wrażenie, że ta nauka dopiero przed nami.

Jestem też bardzo wdzięczny naszym opiekunom, którzy mimo złych wieści, jakie mieli nam do przekazania, cały czas zachowywali się bardzo profesjonalnie. Żadna z osób, z którymi mieliśmy kontakt, mimo otrzymania chwilę wcześniej negatywnego wyniku testu nawet na chwilę nie zdjęła maski. My zresztą również. Jak wyglądają dowiedzieliśmy się dopiero przy kolacji i to z daleka, bo z obawy o nasze zdrowie bardzo nas przeprosili, ale zaproponowali, że będą jeść osobno. Jeszcze nigdy nie widziałem tak zakłopotanych Włochów, ale osobiście byłem im za ten gest bardzo wdzięczny.

Ale pomyślałem sobie również o tym, że choć była to jedna z moich krótszych wizyt we Włoszech (nie najkrótsza, bo już zdarzało mi się parę razy jechać lub lecieć tam na kilka godzin), to jednak ta nieco zaskoczyła mnie intensywnością doznań, choć przecież wiele się nie wydarzyło. Miałem za to sporo czasu by przemyśleć sobie kilka rzeczy.

Jedną z nich było to, że umiejętność akceptacji często zmieniającej się rzeczywistości jest jednym z moich najsilniejszych atutów. Nie marnuję czasu na niepotrzebny bunt, staram się całą energię włożyć w przystosowanie do nowych warunków. Pewnie dlatego tak łatwo się tym zmianom poddaję. A wszystko wskazuje na to, że kolejna czai się tuż za rogiem.

Przez ostatnie kilka tygodni parę razy przyszło mi do głowy, że może podjąłem złą decyzję, wybierając ostatni tydzień Giro E. Na moment ta wątpliwość ponownie wróciła. Odeszła, gdy dostaliśmy zapewnienie, że nasze zaproszenie jest ważne na kolejną edycję imprezy, kiedykolwiek się w tej nieprzewidywalnej rzeczywistości odbędzie.

Nie ma więc czego żałować. Ta przygoda wciąż trwa i wszystko wskazuje na to, że będzie mieć ciąg dalszy.

„Podejmę działania”. Podpisano: komornik

Trudno powiedzieć, jakie uczucia budzi we mnie deklaracja Tomasza Zimocha o planowanym podjęciu działań w sprawie licytacji na torze w Pruszkowie. Zażenowanie? Rozbawienie? Politowanie? Być może wszystkiego po trochu, ale na pewno nie ma wśród nich przekonania, że coś się w końcu w tej sprawie zadzieje. Nic z tych rzeczy. Ta deklaracja, złożona wczoraj na Facebooku i podkreślona wieloma wykrzyknikami, jest tak samo pusta, jak wiele innych, które już w tym temacie padły. Z wielu powodów.

Po pierwsze dlatego, że została złożona o wiele za późno. Od chwili, w której pan Zimoch został posłem, minister sportu zmienił się już dwukrotnie. Najnowszy urzęduje zaledwie od paru dni i wątpię, by zainteresował się tą sprawą. Prawdę powiedziawszy, wątpię również by w ogóle interesował się sportem, bo – jak ktoś słusznie zauważył – został na tę funkcję powołany głównie po to, by uczynić sport kolejnym orężem „patriotycznej” propagandy. Spłacanie długów PZKol i ratowanie toru kolarskiego przed licytacją nijak się wpisuje w te zadania.

Po drugie: rozwiązanie tej sprawy w ogóle nie leży w rękach polityków. Mają go w dłoniach kolarscy działacze. W ubiegłym roku, gdy pisałem jeszcze dla Sport.pl, opublikowałem długą rozmowę z ówczesnym ministrem sportu Witoldem Bańką. Gdyby tylko kolarskie środowisko podchodziło do sprawy poważnie, potraktowałoby słowa ministra jak instrukcję z Ikei. Bo tak naprawdę wyłożył tam krok po kroku, co należy zrobić, żeby ten problem rozwiązać. I – jak sam zauważył – to nie jest kwestia pieniędzy. To jest przede wszystkim kwestia woli działania i powołania do zarządu PZKol ludzi, którzy mają wiedzę i odpowiednie kompetencje, by być przynajmniej równoprawnymi partnerami do rozmowy z wierzycielami. W obecnym składzie zarządu ze świecą szukać osoby, która spełnia to kryterium. Ja widzę jedną. Reszta to nieporozumienie.

Po trzecie, jeśli już jesteśmy przy tym, że to nie jest kwestia pieniędzy: najlepiej udowadnia to sam wierzyciel, włączając do akcji komornika tuż przed zawodami. Nie po raz pierwszy, bo to jest schemat, który powtarza się już od jakiegoś czasu. Nie robi tego licząc na pieniądze, bo doskonale zdaje sobie sprawę, że szybko ich nie dostanie. Ale to jest jedyna możliwość, by choć na moment wstrząsnąć środowiskiem i przypomnieć, że to jest wciąż nierozwiązany problem. W innych okolicznościach środowisko jest ślepe i głuche. W najlepszym wypadku zajęte licytacją o to, kto powinien dostać zaproszenie na galę 100-lecia kolarstwa.

W pewnym sensie prezes Rybak swój cel osiągnął: obudził posła Zimocha. Być może obudził też część działaczy, którzy będą się teraz w panice głowić, jak zrealizować zaplanowane na przyszły tydzień mistrzostwa Polski i mające się odbyć pod koniec miesiąca Grand Prix. Pewnie złożą w tej sprawie jakieś kolejne deklaracje. I być może znowu jakoś się uda przetrwać kolejne imprezy, bo przecież trzeba takim jak poseł Zimoch ludziom chętnym do pomocy dać szansę na podjęcie działań.

Na razie jedynym, który je faktycznie podejmuje jest komornik.

A czas ucieka. I do igrzysk coraz bliżej.

Foto: Szymon Gruchalski

Czego możemy (i powinniśmy) nauczyć się od Włochów

W Polsce mówimy często, że sport jest ważniejszy niż biznes. Przykłady ze świata pokazują jednak, że wydarzenia sportowe sukces osiągają tylko wtedy, gdy są dobrze przemyślane pod względem wizerunkowym. I dobrze sprzedane.

Mam dość nietypowe podejście do sportu. Nieszczególnie interesują mnie statystyki. Wręcz mnie nudzą. Rejestruję wyniki, ale nie przywiązuję do nich szczególnej wagi. Sukcesy pasjonują mnie zasadniczo tylko wtedy, gdy się je osiąga na przekór okolicznościom.

Owszem, szanuję wrodzone talenty i naturalne predyspozycje. Zdaję sobie też sprawę z tego, że za każdym sukcesem kryją się długie lata ciężkiej pracy. Ale najbardziej fascynują mnie te wyniki, których nikt wcześniej nie przewidywał. Te zwycięstwa, które wcześniej nikomu nie przyszłyby do głowy. Jak triumf Fromme’a dwa lata temu po ataku na Finestre. Albo jak zwycięstwo Filippo Ganny kilka dni temu.

Bo w sporcie najbardziej fascynuje mnie droga do celu, a nie tylko jego osiągnięcie. A czym jest dłuższa i bardziej wymagająca, tym lepiej smakuje. Tym bardziej, że do celu czasami brakuje bardzo niewiele, jak Saganowi, którego na 4. etapie Demare pokonał o zaledwie kilka milimetrów. Ale drogę obaj pokonali taką samą. A kto wie, czy dla Słowaka przejechanie jej z całym ciężarem oczekiwań nie było znacznie trudniejsze?

W nieco odmienny sposób patrzę również na wyścigi i ich organizację. Tu również doceniam ich stronę sportową, bo bez wątpienia to ona jest tutaj najważniejsza. Ale nie tylko ona sprawia, że wydarzenie cieszy się zainteresowaniem ze strony sportowców i widzów. Bo można opracować nawet najbardziej wymagającą trasę i postawić przed sportowcami najtrudniejsze wyzwania, ale bez odpowiedniej oprawy nawet najwspanialsze sukcesy przejdą bez echa. W najlepszym wypadku zaistnieją tylko jako notki prasowe, dostępne najbardziej dociekliwym kibicom.

Fenomen Giro d’Italia opiera się w dużym stopniu właśnie na oprawie wyścigu. Na niebywałym zaangażowaniu ludzi, którzy stworzyli z niego spójną opowieść i zbudowali atmosferę, której chyba nie dorównuje żadna inna impreza na świecie. Nawet Tour de France, który pod względem sportowym wydaje się być o wiele ważniejszy, ale mimo słonecznych barw zdaje się czasami być chłodny i bezduszny. Corsa Rosa to emanacja włoskiego ciepła, radości i pogody ducha. Gdyby wyścigom przypisać osobowość, Tour byłby egocentrykiem. Otwarte i radosne Giro jego całkowitym przeciwieństwem.

Giro sprawia, że chce się tego wyścigu dotykać. Chce się tu być i chce się go oglądać.

Włosi opanowali do perfekcji sztukę projektowania i designu. I doskonale wykorzystują te umiejętności w organizacji wyścigów. Jeśli się dobrze przyjrzeć całej oprawie Giro, okaże się ona niezwykle spójna, nie tylko pod względem kolorów. W pewnym sensie wyznaczyli nieosiągalną dla innych granicę, opierając wizerunek imprezy na nieskończoności.

Trudno przelicytować „Amore Infinito”. Nie sposób wymyślić coś bardziej niedościgłego jak Trofeo Senza Fine – „puchar bez końca”. To nie tylko zapowiedź trwania, ale również przypomnienie, że nigdy nie skończy się ta rywalizacja. Zawsze znajdzie się ktoś szybszy, silniejszy, zwinniejszy. Jedyną niewiadomą pozostaje pytanie: kiedy?

Ale sukces Giro to nie tylko kwestia dobrze wymyślonej idei. To również konsekwencja umiejętności abstrakcyjnego myślenia i umiejętnego dobierania partnerów, którzy tę ideę świetnie uzupełniają i wynoszą na nowe poziomy.

Przez wiele lat wydawało się niemożliwe, by partnerem przy organizacji Giro d’Italia była na przykład pochodząca spoza Włoch marka motoryzacyjna. Przez lata wyścig wspierany był przez Fiata i Alfę Romeo. Od kilku lat całą flotę dostarcza Toyota, promująca przy tej okazji swoje hybrydowe modele. I nic w tym dziwnego, skoro głównym sponsorem imprezy jest koncern produkujący energię.

Co ciekawe, organizator Giro nie zasłonił reklamami swoich sponsorów miast i miasteczek, przez które przejeżdża. Wprost przeciwnie: robi wiele, by pokazać je w całej okazałości. Profile społecznościowe wyścigu pełne są wpisów o ciekawych miejscach i lokalnej kuchni każdego z regionów odwiedzanych przez peleton.

Zamiast stać się zakładnikiem ekspozycji i ekwiwalentów, jednych z najważniejszych pojęć w sportowym marketingu, organizator Giro postawił na tzw. brand extension, czyli poszerzanie obecności za pomocą dodatkowych aktywności. Jednym z owoców tej strategii jest Giro E, doskonale wpisujące się w komunikację głównych partnerów Giro d’Italia, a jednocześnie znakomicie poszerzające zakres oddziaływania marek.

Dobranie i przekonanie do współpracy odpowiednich partnerów to często najtrudniejsza część całego procesu organizacji imprezy. Nie wystarczy się bowiem pochwalić liczbami. Czasem trzeba również użyć wyobraźni, by przekonać do sponsorowania którejś kategorii z pozoru zupełnie nieoczywistego partnera. Bo czy ktokolwiek wpadł w Polsce na pomysł, by zaangażować jako sponsora np. Unię Europejską? Tymczasem w Giro E jest ona partnerem klasyfikacji młodzieżowej. Jak się dobrze zastanowić, ma to sens…

To wszystko jest efektem tytanicznej pracy, często niedocenianej lub wręcz lekceważonej w naszym kraju. „To ma być sport, a nie biznes” – mówią niektórzy, zapominając najwyraźniej o rodowodzie większości najsłynniejszych wyścigów na świecie. Tour de France powstał z potrzeby promocji dziennika „L’Auto”. Giro – „La Gazzetty dello Sport”. Paryż-Roubaix promował nowy welodrom, a belgijskie klasyki lokalne gazety. Przykłady można mnożyć w nieskończoność.

Nie wystarczy pomysł na wyścig, trudna trasa i pragnienie sukcesu. Sam nie przyjdzie. We współczesnym świecie marketing, również sportowy, to sztuka opowiadania angażujących historii. O miejscu, w którym żyjemy, o ludziach, o ich marzeniach. Przecież Giro, poza potrzebą rozwoju biznesu, powstało również z bardzo silnego pragnienia zjednoczenia wokół jednej idei bardzo podzielonych na początku ubiegłego stulecia Włochów.

Brzmi cokolwiek znajomo. Nawet te 111 lat później.

Foto: LaPresse / Giro d’Italia

Włoska melodia

Jakie masz pierwsze skojarzenie z Włochami? Pizza? Wino? Makaron? Plaża? Narty? Krajobrazy Toskanii? Giro d’Italia? Pewnie wszystkiego po trochu. Dla mnie Włochy to przede wszystkim niepowtarzalna atmosfera i fascynujący ludzie. Nie mogę się doczekać, żeby się znów tam znaleźć.

Dolomity. To zawsze było miejsce, które w pierwszej kolejności kojarzyło mi się z Włochami. Odkąd wiele lat temu zacząłem tam jeździć na narty, zakochałem się w nich bez pamięci. Mam tam kilka ulubionych miejsc, w które zawsze chętnie wracam. Na przykład Pampeago. Albo Santa Cristina Valgardena. Kiedy wjeżdżam na grzbiet Secedy, by się chwilę później puścić szeroką na kilkaset metrów trasą w dół, czuję się naprawdę wolny.

Włochy z perspektywy roweru odkryłem dużo później. Trochę przez przypadek, bo pewnie nigdy nie wpadłbym na ten pomysł, gdyby nie pewne szalone wakacje, na które wybrałem się camperem. To był strzał w dziesiątkę. Miejsce pierwszych przejażdżek też odkryłem nieco mimowolnie. Docelowo mieliśmy bowiem pojechać nad Gardę. Ale wszystkie campingi były tam zabite po korek, więc skręciłem w jakąś boczną drogę z postanowieniem, że w najgorszym wypadku prześpimy się gdzieś na cichym parkingu, a następnego dnia się zobaczy.

Odkrycie

Tym sposobem trafiłem nad położone nieco nad zachód od Gardy niewielkie jezioro d’Idro i wciśnięty w uroczy cichy zakątek prawie pusty camping. Na ogrodzonym terenie dzieci odmeldowywały się do zabawy zaraz po śniadaniu i tyle je widziałem. Mogłem pójść na rower. I choć zostawiłem na okolicznych pagórkach nieprzywykłe do takiej ilości tlenu płuca, zakochałem się we Włoszech na nowo.

Różnie się później życie układało i nie zawsze mogłem tam wracać tak często jak tego chciałem, ale w miarę możliwości wykorzystywałem w tym celu każdą nadarzającą się okazję. I odkryłem przy tej okazji, że moja wiedza o Italii oparta jest w dużej mierze o stereotypy.

Pewnie trochę z lenistwa przywykłem do myślenia, że włoskie góry to głównie Alpy i Dolomity. Poniekąd to naturalne, bo przecież tam właśnie jeździmy na narty i tamtejsze przełęcze najlepiej znają miłośnicy kolarstwa. Żeby przypomnieć sobie o Apeninach trzeba odrobiny wysiłku, a przecież to pasmo ciągnie się przez dużą część półwyspu, nie bez powodu nazywanego właśnie Apenińskim.

Kiedy przed rokiem wracaliśmy z urlopu w Toskanii (również camperem, który niezmiennie uważam za najlepszy sposób na urlopowe podróże), miałem w nogach blisko 1000 km zjeżdżonych po toskańskich pagórkach. Wybrałem, jak mam to w zwyczaju i co w kręgach moich znajomych jest często powodem żartów, zupełnie boczną drogę zamiast którejś z włoskich autostrad. Gdy przejeżdżałem przez San Pellegrino di Alpe miałem ochotę porzucić samochód i wsiąść na rower. Powstrzymało mnie właściwie tylko to, że byliśmy umówieni w Mediolanie. I że prawdopodobnie z tym podjazdem męczyłbym się dość długo, bo tej drogi nie powstydziłby się żaden z Wielkich Tourów. Zresztą nie mam pewności, czy przypadkiem Giro d’Italia jakiś czas temu tamtędy jechało.

San Pellegrino di Alpe – fot. mc

Wtedy przypomniało mi się pytanie, które rok wcześniej zadałem sobie wjeżdżając rowerem na Etnę: dlaczego te wszystkie miejsca są dostępne niemal wyłącznie dla samochodów? Owszem, na samą Etnę wspinało się oprócz mnie jeszcze kilku kolarzy, choć był to październik i pogoda raczej podła. Ale samochodów było tam wówczas całkiem sporo. Podejrzewam, że wielu z tych ludzi, gdyby tylko nie czuło obaw przed długim wysiłkiem, równie chętnie spróbowałoby się tam dostać w inny sposób. Więcej widać, więcej czuć i można się tamtejszą ciszą cieszyć znacznie dłużej. A czasem również dłużej marznąć 😉

Italia dla wszystkich

Włosi również zadali sobie to pytanie i znaleźli na nie odpowiedź. Tak naprawdę przyniósł im ją rozwój technologii i popularyzacja rowerów z elektrycznym wspomaganiem. Okazało się, że dzięki nim przełęcze w Alpach, Apeninach, Dolomitach i innych włoskich pasmach gór mogą stać się dzięki nim dostępne dla znacznie większej liczby ludzi. I niekoniecznie wymagają jazdy tam samochodem. Można rowerem.

To zresztą nie jest typowo włoski wynalazek, bo podobne obrazki są dziś codziennością w wielu alpejskich krajach. Włosi jednak poszli o krok dalej i realizując jeden z trzech największych wyścigów świata Giro d’Italia, wpadli na pomysł stworzenia równoległego wydarzenia promującego e-mobilność. Tak powstało Giro E.

Wyścig wystartował dzisiaj. Ja, dzięki Włoskiej Agencji Turystycznej (i mojemu redakcyjnemu koledze Bartkowi) będę miał wielką przyjemność przejechać sześć ostatnich etapów tej imprezy.

Co do zasady „wyścig” to w tym przypadku dość umowna nazwa, bo chociaż regulamin przewiduje kilka klasyfikacji i koszulek dla ich liderów, to całe przedsięwzięcie ma bardziej charakter zabawy. Tu nie wygrywa ten, kto jest najszybszy, chociaż na trasie każdego etapu są również próby prędkościowe, coś a’la lotne finisze. Klasyfikacje obejmują np. „testy regularności”, polegające na przejechaniu określonego odcinka ze średnią prędkością możliwie bliską zadanej wcześniej przez organizatorów. Na podobnej zasadzie będą rozgrywane np. etapy jazdy indywidualnej na czas. Słowem: bardziej zabawa, choć w wyścigowym anturażu.

Etapy, które przejadę, mogłem sobie wybrać. Niektóre drużyny zmieniają się codziennie, inne – jak moja – zmieniają się co kilka etapów. Zdecydowałem się na ostatni tydzień, bo wydaje mi się najciekawszy. Będzie z pewnością najbardziej wymagający, ale liczę też na to, że dzięki temu będę również blisko najważniejszych wydarzeń na samym Giro d’Italia. Na tych odcinkach wyścig się przecież będzie rozstrzygał.

Ma ten wybór jednak i złe strony. Czeka mnie jeszcze dwa tygodnie nerwowego oczekiwania w nadziei, że sytuacja z koronawirusem nie uziemi mnie w ostatniej chwili, gdy komuś przyjdzie do głowy np. zamknąć lotniska lub granice. Na to jednak niewiele mogę poradzić. Wierzę jednak, że mimo wszystko się uda.

Wyścig (przyjmijmy jednak mimo wszystko określenie zaproponowane przez organizatora) będzie rozgrywany na rowerach elektrycznych. Z tego co mi wiadomo, ja pojadę na E-Arii produkowanej przez Bianchi.

Myślę, że o samych rowerach przyjdzie mi się jeszcze nieco bardziej rozpisać. Tym bardziej, że wiedza na ich temat również bazuje na wielu szkodliwych stereotypach. Trochę to smutne, że nawet ludzie uważający się za specjalistów od kolarstwa, powtarzają bezmyślnie wyssaną gdzieś z palca opinię, że taki rower może rozwijać jedynie 25 km/h. „Szosa, która jeździ z taką prędkością, nie ma najmniejszego sensu” – powiadają, myląc najwyraźniej e-rower z hulajnogą. Dziwnym trafem na kończącej Giro E czasówce w Mediolanie przewidywana jest średnia prędkość przejazdu w granicach 37 km/h. Jak to możliwe?

Do tego jeszcze zapewne wrócę, a na razie cieszę się samą ideą wzięcia udziału w takim przedsięwzięciu. I poznania kolejnych fragmentów włoskich dróg, po których jeździć uwielbiam. Będzie tych relacji w najbliższym czasie zapewne sporo. Tutaj, ale również na bieżąco na moich kontach na Instagramie, Facebooku i Twitterze (zapraszam!). No i zapewne od czasu do czasu również w Eurosporcie.

Stay tuned! Październik zagra nam znowu włoską melodię!

Światełko w tunelu

Warto rozmawiać. I życzyłbym sobie, żeby każda rozmowa wyglądała jak te ostatnie. Bo możemy mieć inne zdania i możemy się spierać, ale dobrze, jeśli przy okazji możemy się nie obrażać. Zebrałem kilka obserwacji po ostatniej wymianie myśli. Mam nadzieję, że trochę uporządkują rozmowę i pozwolą pchnąć ją na szersze tory.

No i proszę. Okazuje się, że przy odrobinie dobrej woli można rozmawiać w miarę merytorycznie i w dobrej atmosferze, zamiast przerzucać się wyzwiskami i ocenami, choć oczywiście nie sposób uniknąć i takich głosów. Po publikacji poprzedniego wpisu wymieniłem w różnych miejscach wiele zdań z ludźmi, z których każdy inaczej patrzy na problem. Kilka opinii okazało się bardzo interesujących, ale inne również składają się na dość ciekawy obraz sytuacji.

Chciałbym się podzielić kilkoma obserwacjami (do wniosków jeszcze daleko), które wydają mi się szczególnie ciekawe.

Ja jeżdżę, inni nie muszą

Najwięcej emocji i najgorętszą dyskusję okazuje się wywoływać postulat obowiązku jazdy w kasku. Ciekawa sprawa: wiele osób krytykujących ten pomysł zastrzega jednocześnie, że sami kasku używają. Wielu też przy tej okazji dodaje, że do jazdy w kasku skłoniły ich własne doświadczenia: przeżyty w przeszłości upadek albo historia, w której kask odgrywał istotną rolę, chroniąc głowę przed przykrymi konsekwencjami.

Przyznaję, że w tym miejscu system trochę mi się zawiesza. Może to kwestia wyłącznie mojego przekonania, że warto się uczyć najpierw na cudzych błędach. Jednak argument „ja używam, ale jestem przeciwny narzucania tego obowiązku na innych” mnie osobiście nieszczególnie przekonuje. Może nie musi. Niemniej odnotowuję to jako ciekawostkę, może ktoś zna odpowiedź na tę zagadkę.

Prawda leży pośrodku. Czyli gdzie?

Druga obserwacja jest taka, że podchodzimy do tematu bardzo zero-jedynkowo. Nie wszyscy, rzecz jasna, i nieco tu sprawę upraszczam. Gdyby jednak tej dyskusji przyjrzał się z boku ktoś, kto nigdy wcześniej nie miał z tematem do czynienia, mógłby dojść do przekonania, że rowerzyści albo olewają kaski i nic wielkiego się nie dzieje, albo je zakładają i giną w starciu z samochodem. Bo relatywnie i tak nie mają wielkich szans na przeżycie.

Zaznaczam raz jeszcze, że to pewne uproszczenie. Ale jest to również nuta, która w tej melodii wybrzmiewa głośniej od pozostałych. Jakby nie istniało całe spektrum innych przyczyn wypadków rowerzystów jak tylko te z udziałem samochodów.

Rozumiem, że to się dość dobrze wpisuje w nurt powszechnej walki na linii rowerzyści kontra kierowcy. Ale niezmiennie jestem zdania, że ta linia podziału jest fałszywa i sztucznie podtrzymywana przez część środowiska, które na wojnie z kierowcami próbuje budować własną pozycję.

Tymczasem życie pisze własne scenariusze. Jeśli tylko otworzyć się na inne argumenty i spróbować spojrzeć na problem nieco szerzej, być może uda się odkryć, że przyczyn wypadków z udziałem rowerzystów jest zdecydowanie więcej: od bezspornej winy kierowcy po niski poziom umiejętności samego rowerzysty, który nie do końca panuje nad maszyną. Tu niezmiennie przypominam o tym, że sprawcami 37% zarejestrowanych przez policję wypadków z udziałem rowerzystów są oni sami. To naprawdę nie jest pomijalny margines.

Dokładnie ta sama tendencja występuje w kontekście rzeczonego „obowiązku”, który albo miałby dotyczyć bez wątpienia wszystkich, albo zupełnie nikogo. Tu również nie dopuszczamy do świadomości istnienia rozwiązań pośrednich, na przykład obowiązku używania kasków poza terenem zabudowanym.

Tu znów zaznaczam, że to wyłącznie przykład, zaczerpnięty zresztą z rozwiązań stosowanych np. w Słowacji. I znów warto w tym miejscu podkreślić, że nie każde rozwiązanie, które sprawdza się za granicą, daje się łatwo implementować w Polsce, gdzie zdecydowana większość wypadków z udziałem rowerzystów zdarza się właśnie w terenie zabudowanym, gdzie (teoretycznie) obowiązują niższe prędkości i (teoretycznie) powinno być nieco bezpieczniej.

Na marginesie: ktoś w toku tej dyskusji podrzucił niezwykle ciekawe badanie, oparte o analizy ponad tysiąca przypadków osób, które trafiły do szpitala w wyniku wypadku na rowerze. Polecam do sztambucha wszystkim, którzy bezkrytycznie twierdzą, że kask niczego nie zmienia.

Każdy własną miarą

Trzecia sprawa, która dosyć mocno rzuca się tutaj w oczy, to pewnego rodzaju pułapka, w którą regularnie wpadamy prawie wszyscy: oceniamy całą rzeczywistość ograniczając ją niemal wyłącznie do podobnych sobie. Wydaje mi się, że to był dość poważny błąd autorów postulatów, opublikowanych niedawno na stronie BIKE EXPO, którzy – zapewne podświadomie – zawęzili nieco perspektywę do ludzi uprawiających głównie kolarstwo szosowe. Nawet jeśli nie było to ich zamiarem, w ten sposób zostało odczytane przez dużą część odbiorców, co stało się poniekąd głównym zarzewiem konfliktu.

W tę pułapkę na ogół wpadamy jednak wszyscy i bez względu na to, z której strony patrzymy na rzeczywistość, tak naprawdę zazwyczaj najlepiej widzimy tylko tę nam najbliższą.

Tu mała dygresja natury osobistej. Obserwuję na Facebooku kilka grup dla rowerzystów, co samo w sobie jest ciekawym doświadczeniem. W pewnym sensie fascynuje mnie ten festiwal intelektualnego lenistwa i oczekiwania od innych rozwiązywania własnych problemów („Ej, rzućcie linkiem do jakiejś fajnej lampki”, „taki rower to ile może być warty?” albo „mam 1700 złotych, co wybrać?”).

Ale gdy od czasu do czasu ktoś rzuci pytaniem „czym nasmarować hamulce, żeby nie piszczały?”, to gdzieś rozlega się ostrzeżenie TERRAIN AHEAD! I jeśli komukolwiek się wydaje, że ktoś tego nieszczęśnika sprowadzi jednak bezpiecznie na ziemię, to uprzedzam, że niekoniecznie, bo w odpowiedzi usłyszy w najlepszym wypadku gromki śmiech.

Nie trzeba mieć przesadnie rozbujałej fantazji, żeby zamknąć oczy i spróbować sobie wyobrazić, że takich ludzi, którym doskwierają piszczące hamulce jest więcej. I że większość z nich nikogo o to NIE ZAPYTA. Oni również wyjeżdżają na nasze drogi. Podobnie jak ci, którzy swoje maszyny bogato wyposażyli w sprzęt kupiony na Ali Express. I pół biedy, jeśli kupili tam dzwonek. Gorzej, jak im na przykład przyjdzie kiedyś zaufać chińskiej kierownicy.

Jeśli więc ktokolwiek zapyta, dlaczego część ludzi uważa za konieczne myślenie za innych, polecam lekturę rowerowych forów, gdzie można pełnymi garściami czerpać dowody na to, że – niestety – czasami po prostu trzeba.

Tylko jeden koniec kija

I wreszcie czwarta obserwacja, która nasunęła mi się podczas tych rozmów: patrzymy na większość problemów niemal wyłącznie z jednej strony. Rozmawiamy o uciążliwości używania kasków pomijając zupełnie fakt, że ich zadaniem jest również zwiększenie poczucia naszego bezpieczeństwa i pewności siebie, bez których na drodze popełniamy na ogół więcej błędów. Kiedy mówimy o kosztach, widzimy wyłącznie koszt zakupu sprzętu. Nie zadajemy sobie pytania, ile kosztuje leczenie i rehabilitacja ofiar wypadków, nie mówiąc już o ich tzw. kosztach społecznych (np. krótszy lub dłuższy brak aktywności zawodowej, kosz opieki ze strony bliskich czy cała masa rozmaitych komplikacji, które dotykają całe rodziny rannych lub tych, którzy zginęli).

Bardzo często pojawiającym się argumentem jest ten o zniechęceniu do jazdy na rowerze spowodowanym koniecznością używania kasku. A może powinniśmy sobie przy okazji odpowiedzieć na pytanie, czy aby na pewno człowieka, który z tego powodu rezygnuje z jazdy na rowerze, powinniśmy na siłę na niego wpychać?

Któryś z moich rozmówców wysunął zarzut, że obowiązek jazdy w kasku to przerzucenie na rowerzystę braku umiejętności wyegzekwowania przestrzegania przepisów przez innych uczestników ruchu. Zgoda, ale czy obowiązek zapinania pasów nie jest dokładnie tym samym? Przecież pasy również nie zapobiegają wypadkom, a jedynie pozwalają uniknąć ich najpoważniejszych skutków. Moglibyśmy sobie przecież odpowiedzieć: „co z tego, że ja zapinam pasy, skoro wypadek spowodował ktoś inny, kto nie przestrzegał przepisów?”. Ostatecznie może się okazać, że to mnie ich stosowanie uratowało życie. Mam zrezygnować?

Wydaje mi się, że ucieka nam w tym wszystkim również kwestia odpowiedzialności za siebie i innych.

Kto zapłaci ten rachunek?

Tu znowu pewna osobista dygresja, z pełną świadomością, że nie jest to dowód naukowy. Otóż kiedy jadąc samochodem zbliżam się do człowieka, który jedzie bez kasku, a już nie daj Boże ze słuchawkami na uszach, czuję zwyczajny strach. Nie o niego, a o siebie, bo odruchowo uruchamia mi się w tej chwili lawina wątpliwości i wyobrażeń, co się może stać, kiedy on z jakiegoś powodu straci równowagę.

Być może jest to kwestia mojej podświadomości, bo byłem w życiu świadkiem kilku wypadków, w tym właśnie jednego, który był wynikiem zwykłej utraty równowagi. Widziałem jadąc z naprzeciwka, jak starsza kobieta potknęła się na chodniku i zatoczyła wprost pod koła, ginąc na miejscu. I widziałem kompletnie zdewastowanego tym zdarzeniem kierowcę, który nie złamał żadnego przepisu i nie mógł w tej sytuacji zrobić zupełnie nic. A mimo to trzymał się zrozpaczony za głowę i powtarzał, że mógł jechać jeszcze wolniej (nie przekroczył dozwolonej prędkości), mógł jechać bliżej środka jezdni, mógł wcześniej zauważyć, że coś jest nie tak. Może i mógł. Z pewnością nie musiał, to był wypadek, zdarza się. Minęło od niego ponad 20 lat, a ja nadal mam go w głowie. Dlaczego ktoś, kto myśli wyłącznie o swojej przyjemności i wygodzie, wrzuca ją pośrednio na głowę innych? Dlaczego inni mają płacić za tę jego wygodę? Nawet gdyby „walutą” była tu tylko chwila niepotrzebnego stresu.

Jazda na rowerze w ruchu ulicznym to ryzyko. Powinniśmy robić wszystko, żeby je minimalizować. Zamiast tego rzucamy losowi wyzwanie i liczymy, że jakoś to będzie. Albo że ktoś za nas rozwiąże stwarzane przez nas problemy.

Nie wszystko złoto

Wciąż w tych rozmowach przewija się temat infrastruktury, która zdaniem wielu ludzi powinna mieć w tej układance bezwzględny priorytet. Pełna zgoda. Ale gdy rozmawialiśmy w minioną sobotę w Bielsku-Białej z prezydentem miasta Jarosławem Klimaszewskim, przypomniał on o kilku istotnych sprawach, o których większość z nas zwyczajnie nie ma pojęcia. Na przykład o tym, że same procedury związane z budową dróg dla rowerów potrafią się ciągnąć latami, a my przecież chcemy wyjść na rower jeszcze dzisiaj po obiedzie.

Albo o tym, że nawet w tak stosunkowo młodym mieście jak Bielsko-Biała, istnieje wiele miejsc, w których odseparowanie od siebie ruchu samochodów i rowerów jest zwyczajnie niemożliwe. Kto ma w tym miejscu zadbać o nasze bezpieczeństwo, jeśli nie my sami? A jeśli nie jesteśmy skłonni do tego, żeby samemu zadbać o swoje bezpieczeństwo i zminimalizowanie ryzyka, to czy oczekiwanie, że ktoś dla nas zbuduje lepszą infrastrukturę, nie będzie przypadkiem również „przerzucaniem odpowiedzialności na innych”?

Przy okazji: nie wszyscy zdajemy sobie sprawę, że między 2013 a 2018 rokiem oddano do użytku 6.178 km dróg dla rowerów. Abstrahuję w tym miejscu od ich jakości i sensowności w wielu miejscach, bo to zupełnie odrębny i bardzo rozległy problem. Podobnie jak to, że część rowerzystów nie bardzo chce po nich jeździć. Niemniej nie da się dyskutować z faktem, że rowerowej infrastruktury przybyło w ostatnim czasie całkiem sporo. Liczba wypadków z udziałem rowerzystów pozostała w tym czasie na niezmienionym poziomie: z 4.723 w 2013 roku zmalała o 11 przypadków pięć lat później. Przypadków, nie procent! W roku 2018 według raportów policji było tych zdarzeń 4.712.

Zgoda: wzrosła w tym czasie liczba rowerzystów, nie bardzo wiadomo o ile. Ale i wzrosła liczba samochodów. Tymczasem liczba wszystkich wypadków na drogach spadła w tym czasie o ponad 4 tysiące (z 35.847 do 31.674). Przyczyn tego stanu rzeczy jest z pewnością bardzo wiele, ale nie sposób w obliczu tych danych bronić dogmatu o infrastrukturze, mającej być lekiem na całe zło.

Może warto i od tej strony spojrzeć na problem?

Wciąż warto rozmawiać

Ktoś napisał w komentarzu, że po wysłuchaniu naszej rozmowy w Bielsku zmienił zdanie i zgadza się z tymi propozycjami, żeby spróbować zacząć najpierw od siebie, bo te zmiany i tę pracę możemy wykonać natychmiast. Tylko dla tego jednego głosu warto było podjąć tę dyskusję.

„Dajcie już sobie na wstrzymanie” – napisał ktoś inny. Nie, nie damy sobie. W każdym razie ja nie dam i będę do tego tematu wracał. Bo chociaż mam już prawie dorosłe dzieci, to mimo wszystko chciałbym, żeby poruszając się po naszych drogach – bez względu na to jakim środkiem transportu – czuły się na nich bezpiecznie. Bo zajmując się na co dzień sportem marzę o tym, że to właśnie na tych drogach wyrosną kolejni następcy Majki czy Kwiatkowskiego. Bo ostatecznie sam chciałbym wychodząc od czasu do czasu na rower, poczuć się na nim w końcu bezpiecznie.

I jeszcze jedno, już na koniec tego przydługiego wywodu. Ktoś również napisał, że to błąd domagać się od środowiska, żeby mówiło w tej sprawie jednym głosem. Wrócę zatem jeszcze raz do kwestii tego podziału na kierowców i rowerzystów, który z mojego punktu widzenia jest dla tych drugich szczególnie szkodliwy. Bo z natury rzeczy kierowcy na drogach są nieco bardziej widoczni i być może z tego właśnie powodu traktowani są przez rządzących jako pierwszorzędni partnerzy do rozmowy.

Jeśli chcemy cokolwiek zmienić na naszych drogach, powinniśmy zacząć od tego, by uświadomić naszym władzom, że obywatele zarządzanego przez nich kraju nie dzielą się na kierowców, rowerzystów i pieszych. To nie jest walka o pierwszeństwo w traktowaniu. To wyzwanie, żebyśmy się wszyscy czuli na drogach jak u siebie. Jeśli nie będziemy w tej sprawie mówić jednym głosem, to wydaje mi się mało prawdopodobne, że ktokolwiek nas usłyszy.

Foto: Flickr.com/krakow.bicycles

ABC zawodowego kolarstwa

Wreszcieśmy się doczekali! Michał Kwiatkowski w końcu sięgnął po etapowe zwycięstwo w Tour de France. Mało tego! Zrobił to w tak fantastycznym i niepowtarzalnym stylu, że oglądając tę powtórkę po raz nasty wciąż mam ciary na plecach. Sam Michał zresztą również.

Wydawać by się mogło, że to bez wątpienia zasłużone zwycięstwo powinno przynajmniej na chwilę zamknąć usta wiecznym malkontentom, którzy wprawdzie zastrzegają, że nie umniejszają sukcesu Kwiato, ale uważają, że mógłby osiągnąć znacznie więcej, gdyby nie to, że musi nieborak tyrać na jakichś żółtodziobów, którzy się potem wycofują z wyścigu.

Odbyłem długą i nużącą dyskusję na Twitterze z pewnym dziennikarzem, który uparcie forsuje tezę, że kolarstwo to sport indywidualny i praca dla innych to „zachowanie antysportowe, z pogranicza prostytucji i korupcji”, jak raczył był to określić.

Zasadniczo tego typu dyskusja powinna się w tym miejscu zakończyć, ale sprawa poświęcenia Michała w pracy dla innych wraca regularnie przy każdym większym wyścigu. Już kiedyś zwracałem uwagę na to, że Anglosasi używają dla określenia jego postawy określenia „sacrifice”, oznaczającego ofiarę, a rodacy Michała słowo „poświęcenie” rozumieją jako „schowanie do kieszeni własnych ambicji” lub – jeszcze dosadniej i bardziej niesprawiedliwie – jako „rezygnację”.

Postanowiłem zatem zebrać w jednym miejscu kilka najważniejszych rzeczy o kolarstwie, żeby mieć pod ręką na okoliczność kolejnych dyskusji na ten temat. Bo że wrócą, jestem więcej niż pewien. Różnica będzie tylko taka, że do argumentu o „mistrzu świata wożącym wodę kolegom” dojdzie fraza „i zwycięzcy etapu TDF”. Poza tym prawdopodobnie nie zmieni się nic.

A zatem:

Tak, chodzi o pieniądze

Mówimy cały czas o kolarstwie zawodowym, czyli o pracy zarobkowej wykonywanej przez kolarzy i ich zespoły. W dodatku, jak w każdym innym zawodowym sporcie, wykonywanej w pełnym zakresie przez stosunkowo krótki okres kilku, a czasami kilkunastu lat. Potem każdy musi sobie radzić w życiu sam.

Dziś sportowcy mają na ogół dość dobrze poukładane w głowach, więc albo mądrze inwestują zarabiane pieniądze, albo w trakcie kariery lub jeszcze przed nią układają sobie plan kształcenia, żeby po jej zakończeniu mieć do czego wrócić z jakimś zawodem w ręku. Ale nie zmienia to faktu, że dziś po prostu na tę przyszłość muszą zarabiać i odkładać. Czasu za wiele nie mają.

Tak czy inaczej obrażanie się na rzeczywistość, w której kolarze robią coś dla pieniędzy, to naiwność na poziomie sześciolatka. Wykonują pracę, mają swoich szefów, ci stawiają im zadania i rozliczają z efektów. Nie bez powodu kolarze żartobliwie mówią na kolejny dzień spędzony na rowerze, że byli „w biurze”. Robota jak każda inna. Na przelew na konto trzeba sobie zapracować.

Bycie liderem to zobowiązanie

Nie do końca jest tak, jak się wielu ludziom wydaje, że przed Tour de France szefostwo zespołu zbiera cały team, wybiera ośmiu najlepszych, oni głosują kto będzie liderem, a Michał to głosowanie przez ich złośliwość przegrywa.

Lidera, o ile celem drużyny jest walka o generalkę, wybiera się w pierwszej kolejności i dopiero wokół niego buduje zespół, w którym każdy ma z góry określone zadania i cele do osiągnięcia. Ten wybór jest poprzedzony analizą wielu parametrów, nałożonych na mapę wyścigu. Analizuje się nawet prognozę pogody na cały wyścig i poszczególne etapy. Oczywiście w trakcie imprezy te wszystkie dane odpowiednio się koryguje, ale z grubsza chodzi o to, by przewidzieć możliwie najwięcej rozwiązań i opracować dla nich odpowiednie scenariusze. Dzisiejsze zwycięstwo Michała z dużym prawdopodobieństwem zostało zaplanowane w którymś ze scenariuszy znacznie wcześniej. Nie można wykluczyć, że nawet przed startem wyścigu.

W pewnym sensie jest więc tak, że o zwycięstwo w całym wyścigu tak naprawdę walczy tylko kilkunastu kolarzy. Gdyby kolarstwo byłoby sportem indywidualnym, jak winszuje sobie część kibiców, w gruncie rzeczy w wyścigach mogliby startować tylko liderzy. Reszta byłaby zupełnie zbędna i tylko by przeszkadzała.

Nawiasem mówiąc: to właśnie jest jednym z powodów tego, że na mecie zwycięzca jest tylko jeden. Na liderze ciąży bowiem największa odpowiedzialność, a jego porażka jest porażką całego zespołu, czego świadkami byliśmy nie dalej jak kilka dni temu. Co ciekawe, z tych samych powodów nagrodą za ewentualne „indywidualne” zwycięstwo dzieli się cały zespół.

Może się to wydawać cokolwiek dziwne, zwłaszcza w kontekście tego, że tylko nazwisko zwycięzcy zapisane jest później w annałach, ale właśnie na tym polega paradoks i jednocześnie urok tego sportu, w którym przecież nie zawsze wygrywa najlepszy, ale również ten, kto miał najwięcej szczęścia, bo np. zjechał na stronę, gdy wydarzyła się jakaś poważna kraksa.

Ale rzecz nie tylko w tym, że gdyby postawić na starcie 176 kolarzy walczących o zwycięstwo, to prawdopodobnie wszyscy by się pozabijali na pierwszym zakręcie. Ewentualnie wszyscy stanęliby w miejscu, bo mając świadomość, że trzeci kolarz w peletonie wydatkuje ok. 40% mniej energii na pokonanie oporu aerodynamicznego od pierwszego, nikt nie chciałby jechać pierwszy.

Rzecz w tym, że nawet gdyby start w Tour de France ograniczyć wyłącznie do 22 liderów, rywalizacja byłaby w wysokim stopniu niesprawiedliwa. Dlaczego?

W grę wchodzi fizyka

Ja jestem dość słaby z fizyki, a matematykowi w liceum złożyłem przy całej klasie zobowiązanie, że nigdy się na poważnie nie będę zajmował rachunkami. Niemniej jeśli ktoś ma pod ręką kalkulator i zna odpowiednie wzory, to pewnie szybko sobie poradzi z obliczeniem, jaką pracę trzeba wykonać, by ciało o masie 500 gram pokonało drogę o długości 3500 km ze średnią prędkością 40 km/h.

Podejrzewam, że dużą. I taka właśnie byłaby różnica w pracy, którą na trasie Tour de France musiałby wykonać kolarz o pół kilograma cięższy od innego. A przecież parametrów, którymi ci ludzie się od siebie różnią, jest o wiele więcej. Mają inną budowę (areodynamika), inną masę, inaczej metabolizują pożywienie, mają inną pojemność płuc itd.

Chociaż może to zabrzmieć z pozoru dziwnie, drużyny są między innymi po to, żeby te różnice w pewnym stopniu wyrównać. Żeby kolarz cięższy i większy, ale lepiej przystosowany do szybkiej jazdy po płaskim, mógł dać osłonę temu mniejszemu i lżejszemu, który z kolei nieco lepiej poradzi sobie w górach. Niby oczywistość, ale okazuje się, że nie dla wszystkich.

Wróćmy jednak do Kwiato.

Michał Kwiatkowski marzy o wygraniu Tour de France

A ja marzę o tym, by na starość zamieszkać na Sycylii. Obaj czynimy w tym celu odpowiednie starania, choć Michał jest zapewne znacznie bliżej swojego celu. (Z mojego niestety coraz bliżej jest tylko starość). Jakieś marzenie o osiągnięciu w życiu jakiegoś celu ma zapewne każdy z nas. Nikt nie ma gwarancji, że uda mu się to marzenie zrealizować.

Nigdy nie zrozumiem powodu, dla którego uparliśmy się rozliczać Kwiatkowskiego z realizacji jego marzenia. To jego cel, ale żadne zobowiązanie. Robi wiele, by go osiągnąć, ale pewnych rzeczy może najzwyczajniej w świecie nie przeskoczyć. Na przykład własnej budowy i predyspozycji, które mogą nam się wydawać na pierwszy rzut oka lepsze od innych, o ile na moment zapomnimy o tym, że wykonał swoją dotychczasową pracę w czasie o prawie dwie godziny dłuższym od czołówki (odsyłam ponownie do równania powyżej i zmianę parametru prędkości na mniejszą; okaże się, że – eureka! – wynik będzie znacząco inny).

Czy zatem Michał ma szansę zrealizować swoje marzenie i zostać liderem na Tour de France, by to na niego pracowali inni?

Jedyna prawidłowa odpowiedź brzmi: nie wiadomo.

Również dlatego, że nie wiadomo, czy kiedykolwiek znajdą się wystarczająco silni ci „inni”, którzy będą mogli wykonać pracę dla niego. Ineos jest bez wątpienia jedną z najsilniejszych drużyn w peletonie. Ale niewykluczone, że wciąż nie jest odpowiednio silna, by sprostać zadaniu pracy na rzecz Kwiatkowskiego.

Warto to również mieć gdzieś z tyłu głowy zanim się zacznie wygłaszać tezy o niewykorzystanym potencjale, albo „schowanej do kieszeni” ambicji Michała.

A tymczasem cieszmy się jego dzisiejszym sukcesem. Zapracował na niego jak mało kto.

Foto: Getty Images

Wstydliwy problem

Muszę się przyznać do pewnej słabości: czytam komentarze w mediach społecznościowych. Czasami nawet wdaję się z nimi w polemikę, którą często „przegrywam”, gdy dyskusja przekracza granice absurdu lub staje się zwykłym festiwalem hejtu. Wtedy odpuszczam, bo kopanie się z koniem zwyczajnie nie ma sensu.

Bywa też, że te dyskusje stają się dla mnie inspiracją do jakichś przemyśleń, chociaż w większości przypadków są to raczej smutne refleksje nad nędzną kondycją umysłową ludzi, którym ktoś dał narzędzie do łatwego zdobywania wiedzy, a oni wolą ją zakrzyczeć.

Właściwie z nieznanego mi wciąż powodu, dziś trzeba mieć zdanie na każdy temat i koniecznie trzeba się nim podzielić ze światem. Milczenie, a już nie da Boże przyznanie się do niewiedzy, okazują się być najbardziej wstydliwym problemem współczesnej ludzkości.

„Przecież to wyścig o puchar sołtysa” – raczył był skomentować pewien znawca tematu informację o wygranym przez Kubę Kaczmarka wyścigu Belgrad – Banja Luka. Trudno zgadnąć, co myśliciel właściwie chciał przekazać światu poza własną frustracją, ale poszło, skorzystał ze swojej opacznie rozumianej wolności słowa. Nie zadał sobie przy tym trudu sprawdzenia, że polskie ekipy na Bałkanach nałowiły w tych „podrzędnych” wyścigach całkiem sporo punktów, które mogą się okazać bezcenne, gdy przyjdzie do przydzielania kwot startowych na kolejne mistrzostwa świata. Ważne było tylko to, by zademonstrować niechęć autora do imprezy, która być może zawiniła mu tym, że nie jest Wielkim Tourem, bo jak wiadomo dla „prawdziwych” kibiców tylko one się liczą.

Kiedy kilka dni temu Novak Djoković uderzył piłką arbiter liniową i został za to wykluczony z dalszej rywalizacji w US Open, w sieci natychmiast rozgorzała na ten temat dyskusja. Bynajmniej nie o tym, który przepis Serb złamał, a o tym, kto się chciał na nim zemścić i za co. Fakt, że dyskwalifikacja była skutkiem naruszenia regulaminu Wielkiego Szlema nie miał dla dyskutujących najmniejszego znaczenia. Ważne było tylko to, by zwolennicy Djokovicia przekrzyczeli tych, którzy za nim nie przepadają. Lub odwrotnie, bo per saldo nie ma to większego znaczenia. Czy ktokolwiek z dyskutujących wyszedł z niej mądrzejszy o jakąkolwiek wiedzę? Śmiem wątpić.

To, co wydarzyło się później, czyli seria werbalnych ataków na poszkodowaną sędzię, przekroczyło już wszelkie granice absurdu i zezwierzęcenia użytkowników internetu. Poczynając od klasycznego oskarżania ofiary, że „powinna była uważać na to, co się dzieje na korcie” (nie musiała, bo zagranie nie było elementem gry, miało miejsce po zakończeniu partii), na wyszydzaniu śmierci jej zmarłego przed laty w wypadku syna kończąc.

Gdzie? W której części człowieka rodzi się potrzeba pisania takich rzeczy? Skąd wypadają te zdania, które ludzie przenoszą na klawiaturę? I po co? Naprawdę nie pojmuję.

Nieco ponad dwa lata temu popełniłem felieton o tym, że nie chciałbym być sportowcem, którego siedzący na kanapie Janusze nieustannie poddają ocenom i krytyce. Zaraz odezwało się kilku oburzonych, którzy swego prawa do krytyki gorliwie bronili, powołując się nawet na konstytucyjną wolność słowa. Wszystko fajnie, tylko moim zdaniem to trochę pomylenie pojęć. Wolność słowa to prawo do wygłaszania własnych poglądów, ale nie obowiązek zajmowania stanowiska w każdej sprawie. Wielu samozwańczych komentatorów rzeczywistości zdaje się o tym zapominać i nadużywa wolności słowa do tego, by za wszelką cenę pokonać i upokorzyć innych dyskutujących.

Pewien znajomy przypomniał mi niedawno o istnieniu tzw. efektu Dunninga-Krugera, którzy opisali zjawisko przeceniania swoich kompetencji przez osoby niewykwalifikowane w swojej dziedzinie i – odwrotnie – tendencji do powątpiewania w swoje umiejętności przez ludzi mogących pochwalić się jakąś rzetelną wiedzą. Oparli oni zresztą swoje obserwacje o tezę sformułowaną już przez Darwina, któremu przypisuje się stwierdzenie, że „ignorancja częściej jest przyczyną pewności siebie, niż wiedza”. To, co każdego dnia widzimy w social mediach, to doskonałe potwierdzenie tych obserwacji.

Jeszcze ciekawszym zjawiskiem są próby nieustannego kwestionowania autorytetów naukowych i podważania prawdziwych stwierdzeń za pomocą całkowicie wyssanych z palca bredni. Usłyszałem kiedyś bardzo ciekawe zdanie o tym, że mamy tendencję do traktowania obiektywizmu jako wyciągania średniej z prawdy i kłamstwa. Odnosiło się co prawda do pracy dziennikarzy, ale wydaje mi się, że w tym przypadku również doskonale pasuje.

Nie potrafimy tak łatwo przyjąć tego, że rzeczy są takimi, jakie są. Musimy je za wszelką cenę skonfrontować z kompletnymi bzdurami. Nie można po prostu mieć racji. Trzeba jej bronić w walce z ignorantami, by samemu nie być posądzonym o brak kompetencji. Jeśli tej walki nie podejmujesz – przegrywasz dyskusję, w której nikogo nie interesuje prawda i wiedza, tylko pokonanie i zdeptanie adwersarza. Bo jeśli nie mamy niczego do powiedzenia na temat jakiegoś zjawiska, zawsze możemy przypuścić personalny atak na tego, kto je opisuje.

To nie jest oczywiście typowo polskie zjawisko, ale z zasady częściej występuje tam, gdzie ludzie na ogół toną w kompleksach i szukają ujścia dla własnych frustracji w różnego rodzaju formach przemocy. Przede wszystkim werbalnej i skierowanej przeciw obcym ludziom. Najlepiej takim, którzy przed zmasowanym atakiem najczęściej nie mogą się bronić, bo musieliby poświęcić na to całe życie.

Mniej więcej miesiąc temu BBC Sport ogłosiło w swoich kanałach społecznościowych, że będzie usuwać coraz częściej pojawiające się tam przemocowe komentarze oraz blokować i zgłaszać ich autorów administratorom serwisów. W Polsce skala tego zjawiska jest już tak duża, że należałoby raczej w ogóle wyłączyć możliwość komentowania czegokolwiek (co kilka serwisów już jakiś czas temu zrobiło).

My niestety już dawno zapomnieliśmy, że milczenie jest złotem. Wolimy się taplać w szambie pełnym pseudo wiedzy i zwykłej nienawiści. I pod żadnym pozorem się nie przyznawać, że czegoś nie wiemy, bo wtedy po prostu spadniemy z drabiny społecznej. Nawet jeśli dotychczas nie pokonaliśmy na niej choćby jednego stopnia.

Foto: Flickr / Kimberly Hawke

Spis treści

Śmieszna sprawa. Niby od marca trwa pandemia (za chwilę stuknie już pół roku!), niby świat sportu na długie miesiące zamarł, ale roboty w związku z tym wcale nie ubyło, chociaż – przyznaję – przez chwilę się tym martwiłem. Wprawdzie przez pierwsze miesiące więcej było pisania o tym, kto zachorował i jakie kolejne imprezy zostały odwołane, ale jak już wszystko z powrotem ruszyło, to nie ma kiedy taczek załadować.

Trochę cierpi na tym blogasek, ale skoro już ktoś tu z rzadka zagląda, postanowiłem zostawić jakiś ślad działalności i zebrać wszystkie ważniejsze rzeczy, które w ostatnim czasie popełniłem. Taki swoisty spis treści. Będzie mi miło za klikanie 😉

Najpierw rzeczy najważniejsze: Kasia i Rita wracają do zdrowia po koszmarnym wypadku. Kiedy pisałem ten materiał, poświęcony również w dużej części temu, co dzieje się na polskich drogach, obie dziewczyny wciąż walczyły o życie. Grupa ludzi skrzykniętych przez Wojtka Kluka z Fabryki Rowerów wyruszała w 500-km drogę z Częstochowy do Gdańska, żeby zwrócić uwagę na problem.

Potem zaczęły napływać kolejne, tym razem już znacznie lepsze informacje. Jako pierwsza do zdrowia zaczęła wracać Kasia, która opuściła szpital i rozpoczęła intensywną rehabilitację. Dzięki uprzejmości Marka Konwy, który podzielił się ze mną kilkoma informacjami, mogłem przekazać te dobre wiadomości.

Przed tygodniem w końcu doczekaliśmy się dobrych wieści w sprawie Rity, która po długich tygodniach oczekiwania odzyskała świadomość, opuściła szpital i również rozpoczęła długo oczekiwany proces rehabilitacji.

Przed dziewczynami wciąż długa droga, a zbiórka pieniędzy na ich leczenie cały czas trwa. Ciągle jeszcze sporo brakuje.

Na marginesie tej historii jeszcze jedna ważna informacja. Wypadek w Wilkowicach zrujnował życie trzech rodzin. Niewiele się o tym mówi i nie wszyscy mają świadomość, że prawdopodobna sprawczyni wypadku również przypłaciła go zdrowiem. Kiedy przed tygodniem pytałem rzeczniczkę bielskiej prokuratury o postępy w śledztwie, odpowiedziała, że stan zdrowia kierującej samochodem nadal nie pozwala na jej przesłuchanie. Warto też o tym pamiętać naciskając pedał gazu.

Swoją drogą… Właśnie dzisiaj pojawiła się informacja, że w czasie wakacji zatrzymano prawo jazdy 12 570 kierowcom, którzy w terenie zabudowanym przekroczyli prędkość o co najmniej 50 km/h. Warto to sobie uzmysłowić. Co najmniej 100 km/h wśród zabudowań. 12 570 przypadków. Tylko w wakacje. I to są tylko złapani. Naprawdę nie mamy za grosz wyobraźni.

Z początkiem sierpnia na szosy wróciło kolarstwo w wydaniu worldtourowym, a na pierwszy ogień wśród wyścigów etapowych poszedł Tour de Pologne. Rozpoczynał się dokładnie w rocznicę śmierci Bjorga Lambrechta, co było okazją do kilku wspomnień z tych tragicznych wydarzeń, jakie przed rokiem miały miejsce w Bełku. Wyszła z tego poruszająca historia, przy której lekturze – jak wyznawali niektórzy czytelnicy – łzy same napływały do oczu. Nieco to gorzka, ale zawsze jakaś satysfakcja, że udało mi się jakoś oddać nastrój tamtych dni.

To, co się później działo na Tour de Pologne zasługuje na osobną opowieść. A może nawet na kilka, bo zupełnie inną sprawą jest strona sportowa tych zdarzeń, które w kolarstwie miały miejsce nie po raz pierwszy, a zupełnie czymś innym jest hejt, który się wylał na organizatorów. Pozbawiony jakichkolwiek podstaw, przynajmniej do chwili, w której poznamy wyniki niezależnych analiz wypadku w Katowicach. Ja jednak mimo wszystko finiszu w „świątyni sprintu” będę bronił (mimo że nieustannie bawi mnie to pełne emfazy określenie).

Zanim jeszcze wyruszył Tour de Pologne, umówiłem się na małą „ustawkę” z Karolem Domagalskim. Trochę pokręciliśmy się po okolicach Ojcowa, wypiliśmy kawę i zjedliśmy ciasto w domu jego mamy, ale przede wszystkim długo i otwarcie porozmawialiśmy o tym wszystkim, co wydarzyło się w przeciągu ostatniego, bardzo trudnego dla kolarza ze Skały roku.

Tę rozmowę polecam każdemu. Niewyobrażalne, jaką pracę wykonał Karol, żeby wrócić do sportu z miejsca, które omal nie zakończyło jego życia. Imponujące, jak dobrze ma to przepracowane i poukładane w głowie. Chapeau bas!

No i wreszcie 29 sierpnia nadszedł dzień, na który prawie wszyscy kibice kolarstwa czekali: ruszył Tour de France. Po wydarzeniach z Katowic, Il Lombardii i Criterium de Dauphine wielu kolarzy zaczęło obawiać się o swoje bezpieczeństwo. Mówiło się nawet o możliwym buncie, gdyby trasa okazała się zbyt niebezpieczna. Nie byłby to pierwszy przypadek w historii Touru. Trochę pogrzebałem, trochę popytałem i w pewnym sensie wyszło tak, że to najbrutalniejsze oblicze Wielkiej Pętli jest jednocześnie tym, co tak kolarzy, jak i kibiców, przyciąga do tego wyścigu.

A na deser, gdyby ktokolwiek miał z tym jakieś trudności, przygotowałem krótką ściągę z punktozy TDF, czyli wyciąg z jednego z bardziej zagmatwanych regulaminów wyścigów. Konia z rzędem komuś, kto ogarnie zasadę wyliczania limitu czasu na mecie etapu. A podobno któremuś sędziemu kiedyś się to udało 😉

I tak to w zasadzie minął mi sierpień. Właściwie nie wiedzieć kiedy. A gdzieś w międzyczasie udało mi się nastukać od maja ponad 5000 km na rowerze. Dziwny rok…

A jeśli to właśnie Lang ma rację?

Wiele razy krytykowałem Tour de Pologne. Za wizerunkową przaśność, za patos, za nieprzystające do końca drugiej dekady XXI wieku traktowanie hostess. Ale czym dłużej o tym myślę i czym bardziej rozglądam się wokół siebie, zadaję sobie pytanie: a może to jednak Lang ma rację? Może po prostu właśnie tacy jesteśmy?

A teraz mnie bawcie! – zdaje się mówić przeciętny polski fan kolarstwa, zasiadając wygodnie przed ekranem. Koniecznie z laptopem na kolanach lub telefonem w dłoni, by nie stracić nawet sekundy, gdy tylko nadarzy się okazja do krytyki. A przy okazji Tour de Pologne przyczepić się można do wszystkiego: do niewystarczająco atrakcyjnej trasy, do pokazywanych z helikoptera obrazków blokowisk, do patetycznych porównań do Ligi Mistrzów, a nawet do uśmiechu jego organizatora.

Trochę się dziwię, że wytrzymywał tak długo, zanim w końcu stracił cierpliwość i rzucił wyzwanie niezłomnym krytykantom.

– Do wszystkich ekspertów kieruję propozycję: rozpiszmy konkurs na nową trasę. Niech się ludzie wypowiedzą. Zbierzemy wszystkie opinie i zastanowimy się nad nimi. Niech się zgłaszają miasta chętne do organizacji etapów. Zdajmy się na konkurs – powiedział w poniedziałek w rozmowie z Polską Agencją Prasową, określając jednocześnie zarys zadania: siedem zróżnicowanych etapów średnio po 180 km, maksymalnie dwie godziny transferu dziennie oraz starty i mety w miastach skłonnych zaangażować się organizacyjnie i finansowo.

„A dlaczego mamy szukać panu Langowi samorządów chętnych do płacenia za jego wyścig? – rozległo się niemal natychmiast w odpowiedzi. „A ile to wszystko kosztuje?” – zainteresowało się nagle kilka osób, choć nie przypominam sobie, by ktokolwiek zadawał to pytanie, gdy wieszano na Langu psy za „kręcenie się wokół komina” albo „Tour de Małopolska i Śląsk”. Nagle się okazało, że kreślenie flamastrami po mapie i rysowanie swojej „trasy marzeń”, to zaledwie początek zabawy. Raczej z tych łatwiejszych.

Ciekaw jestem naprawdę tych pomysłów i bardzo liczę, że znajdą się wśród nich i takie, które okażą się możliwe do zrealizowania. Ale jestem głęboko przekonany, że będzie ich raczej niewiele. Kilka kropel wobec całego morza hejtu, który z roku na rok się wylewa na organizatorów Tour de Pologne.

Nie twierdzę, że Czesław Lang jest nieomylny. Zresztą wiele razy sam krytykowałem TdP. Za wizerunkową przaśność, która była może atrakcyjna w połowie lat ’90, ale już dawno przestała pasować do coraz bardziej nowoczesnych i zadbanych centrów miast i miasteczek. Za nieprzystające do końca drugiej dekady XXI wieku traktowanie hostess, przeganianych jak na wystawie przed oczyma rozbawionej gawiedzi. Za przesadny patos i często natrętne poszukiwanie dodatkowej symboliki, jakby za mało było w tym wszystkim emocji sportowych i trzeba było na siłę szukać innych.

Ale z drugiej strony… rozglądam się też wokół siebie i poza centrami miast widzę dokładnie taką samą feerię atakujących mnie zewsząd reklam. Ten sam przesadnie demonstracyjny patriotyzm, tak samo nachalną i pozbawioną głębszego znaczenia symbolikę.

I czym dłużej o tym myślę, tym częściej zadaję sobie pytanie: a co, jeśli to jednak Lang ma rację? Jeśli po prostu tacy właśnie jesteśmy? Jeśli to do takiego „ogółu” adresowana jest jego impreza? W imię czego mam się domagać, żeby zaczął ją lepić na moją modłę? Jeśli to właśnie ta metoda się sprawdza, to dlaczego miałby ją zmieniać pod wpływem mojej krytyki?

Wysłuchuje tych samych lamentów dokładnie co roku, bo każdy rości sobie prawo do podzielenia się ze światem własnymi przemyśleniami na temat Tour de Pologne, na ogół nie zdając sobie sprawy nawet z ułamka problemów, jakie są po drodze do ogarnięcia. Od zawierającej wiele zer w obcej walucie kwoty za wpis do kalendarza UCI, po wynagrodzenie ochrony pilnującej parkingu dla autokarów drużyn. Od zorganizowania w szczycie sezonu urlopowego blisko tysiąca miejsc w hotelach, po toaletę dla ekipy, która montuje barierki. Od dziesiątek pozwoleń na przejazd po publicznych drogach, po zapewnienie w karetce ekipy, która w razie takiego wypadku, jaki zdarzył się na mecie w Katowicach, niezwłocznie znajdzie się tam gdzie trzeba i stanie na wysokości zadania.

A my siedzimy w wygodnych fotelach i kolejny rok z rzędu bijemy pianę o to, że niewystarczająco nas usatysfakcjonował zakreślając trasę na mapie.

Zapominamy przy tym wszystkim o tym, że Tour de Pologne to w pierwszej kolejności wydarzenie sportowe, a jako takie broni się lepiej niż dobrze. Tylko że sport nas już niespecjalnie w tym wszystkim interesuje.

Bardzo mnie ubawiło, gdy wśród „nowych” pomysłów na „trasę marzeń” TdP ponownie ujrzałem Bukowinę. Okazuje się bowiem, że to co jedni zawzięcie krytykują, inni na swój sposób wysoko cenią. Nie można więc wykluczyć, że pomysł Czesława okaże się w istocie znacznie prostszy, niż się wydaje. Będzie całkiem zabawnie, gdy w wyniku „konkursu” otrzymamy całkiem podobną do dzisiejszej trasę, tylko będącą „pomysłem” internautów.

Tylko czy krytyka ucichnie, gdy się okaże, że jednak miał rację?

W obronie „świątyni sprintu”

W ponad stuletniej historii kolarstwa zdarzyła się niezliczona ilość kraks i wypadków. Niektóre z nich miały znacznie bardziej tragiczny finał, niż zdarzenie z 1. etapu TdP w Katowicach. Uznaliśmy, że to część tego sportu. Dlaczego zatem od Tour de Pologne nagle wymagamy więcej i żądamy rezygnacji ze sprintu w Katowicach? Dlaczego wydaliśmy wyroki, nie czekając na poznanie przyczyny zdarzenia?

A może darujmy sobie cały ten sport, w którym odnosimy umiarkowane sukcesy i którym w ogóle nie potrafimy się cieszyć? Może zamiast tego ustalmy jakąś punktację dla głupoty i nienawiści i ogłośmy się od razu mistrzami świata? Przecież uwielbiamy się w tym pławić.

Granice absurdu przekroczyliśmy już dawno temu, a mimo to nadal szlifujemy formę. „Panie Lang, od wczoraj powinien minąć jeden dzień, kiedy podał się pan do dymisji!” – napisał jakiś rozemocjonowany „fan kolarstwa” na jednej z facebookowych grup. Pomysł „dymisji” właściciela prywatnego biznesu byłby może i zabawny, gdyby nie był w istocie tragiczny. Przywykliśmy bowiem do tego, że traktujemy Tour de Pologne jako naszą własność. Z faktu, że sponsorują go między innymi spółki z publicznym kapitałem wysnuliśmy tezę, że impreza ma charakter „państwowy”. Na obecność tam np. Carrefoura czy Druteksu oczy zachodzą nam bielmem. Nie mówiąc już o tym, że większość krytykantów nie ma bladego pojęcia, na czym polega istota działalności spółek skarbu państwa i jak funkcjonuje sponsoring sportu.

Jakby mało nam było rozstawiania Czesława Langa po kątach, uznaliśmy się najwyższym sądem, który może, a nawet powinien natychmiast rozstrzygnąć i osądzić wszystkie przewiny. Dylana Groenewegena, który spowodował kraksę na mecie 1. etapu, najchętniej od razu umieścilibyśmy w ciemnej celi. Langa zesłali na ciężkie roboty, może się chłop nauczy ustawiać bariery na mecie. Sprint w Katowicach niezwłocznie anulowali, bo przecież sami kolarze mówią, że jest niebezpiecznie. Już nie mówiąc o tym, że samo nazywanie Katowic „świątynią sprintu” to zbrodnia.

Coroczne lamenty nad Tour de Pologne przypominają mi czasem dyskusje „znawców” kina, którzy obwieszczają nakręcenie „kultowego” dzieła, zanim jeszcze ono powstanie. Tu również nie trafia argument, że dzieło się staje kultowym dopiero po jakimś czasie i w dużej mierze zależy to od tego, jak zostanie przyjęte przez widzów. Z Tour de Pologne jest dokładnie na odwrót. Kolarscy „eksperci” uznali, że wyścig Langa nie ma szans na zbudowanie własnej legendy, więc choćby nie wiem, jak się starać, na sukces nie ma szans.

Życie czasami każe nam zmierzyć się z bolesnymi doświadczeniami. Sztuką jest nie tylko wyciągnąć z nich wnioski na przyszłość, ale również uznać tragedie za element własnej historii, by zbudować na nich opowieść o stawianiu temu życiu czoła. Kolarstwo zna mnóstwo takich legend, również bardzo tragicznych. Tomowi Simpsonowi, który umarł pod Mont Ventoux, gdzie wjeżdżał naładowany amfetaminą i alkoholem, postawiono w miejscu jego śmierci pomnik. Włosi pielęgnują legendę o Marco Pantanim, choć powszechnie wiadomo, że prawdopodobnie wszystkie sukcesy odniósł na dopingu, a życie zakończył w smętnym pokoju hotelu w Rimini, przedawkowując narkotyki, od których był uzależniony. My tymczasem wolimy publicznie zlinczować Langa i pogrzebać cały wyścig, bo zdarzyło się na nim kilka nieszczęśliwych wypadków.

W 1991 roku Dżamolidin Abdużaparow spowodował tuż przed metą na Polach Elizejskich w Paryżu potężną kraksę. Znany z niezwykle agresywnego stylu jazdy, którym zapracował sobie na pseudonim „Taszkiencki Terror”, rozkołysanym rowerem zaczepił o barierę. Jeśli się nie mylę, dotąd nie odwołano sprintu w Paryżu, choć od lat wiadomo, że jest kompletnie wariacki i szalenie niebezpieczny, zwłaszcza że wiedzie po części po paryskim bruku.

W ubiegłym roku podczas czasówki w Pau Wout Van Aert również zaczepił rowerem o bariery. Zabezpieczenie pękło, co kolarz przypłacił dotkliwą kontuzją i koniecznością długiej rehabilitacji. Jumbo-Visma zapowiedziała pozew wobec ASO o odszkodowanie, ale jakoś nie słyszałem wezwań, że należy odwołać etapy jazdy na czas, albo przynajmniej wyprostować na nich zakręty. Ba! Czasówka podczas rozpoczynającego się 3 października Giro d’Italia będzie w dużej części prowadzić drogą w dół. Kolarze wiedzą, że będzie niebezpiecznie. Niektórzy krytykują ten pomysł, ale również nie słyszałem, by ktokolwiek domagał się odwołania etapu, albo zrezygnował z tego powodu z udziału w wyścigu.

Ale to albo Tour, albo Giro. Legendarne wyścigi, a nie jakiś „paździerz” po Śląsku i Małopolsce.

Tymczasem sprint w Katowicach, który stał się jednym z charakterystycznych miejsc na trasie Tour de Pologne, a po tragicznym zdarzeniu z 1. etapu ma szansę stać – jakkolwiek cynicznie by to zabrzmiało – ikoną tego wyścigu, zdaniem wielu powinien zostać odwołany.

Mnie również drażni emfaza, z jaką czasami powtarza się to zaklęcie o „świątyni sprintu”. Ale będę bronił tak samego finiszu, jak i jego nazwy, na przekór tym wszystkim, których stać wyłącznie na krytykę polskiego wyścigu. Bo na tej krytyce nie sposób czegokolwiek zbudować. Wydawaniem pochopnych wyroków można wyłącznie wszystko zniszczyć.

A ten wyrok zapadł, zanim prokuratura oficjalnie rozpoczęła w tej sprawie śledztwo. W sprawie, a nie przeciw komukolwiek, co też umyka uwadze wielu znawców tematu. Wyrok zapadł, choć Groenewegen otwarcie przyznał, że popełnił błąd i sfaulował Fabio Jakobsena. Wyrok zapadł, choć nie usłyszeliśmy jeszcze ani słowa od samego poszkodowanego, który – nie można tego wykluczyć – również nieco na wyrost ocenił swoje szanse na przeciśnięcie się wzdłuż barierek.

Wyrok zapadł, choć mało kto zdaje sobie sprawę, że zasady organizacji zabezpieczenia na trasie wyścigu ustala i egzekwuje Międzynarodowa Unia Kolarska, a Czesław Lang przestrzega ich z taką gorliwością, że gdyby komisarze UCI zażądali kontroli w jego sypialni, znaleźliby się w niej niecałe trzy minuty później.

Wyrok zapadł, bo wydawanie wyroków jest tym, co potrafimy najlepiej. Możemy nawet zażądać „dymisji” Langa z jego własnego Lang Teamu. Kto nam zabroni?

I jeszcze jedno. Po wypadku Jakobsena, gdy przez kilkadziesiąt godzin jego życie wisiało na włosku, z wszystkich kanałów Eurosportu usunęliśmy zapis zdarzenia. Tymczasem przez ponad dwa dni jedną z najczęściej wyszukiwanych fraz w Google była: „wideo z wypadku kolarza w Katowicach”.

W hipokryzji też jesteśmy mistrzami świata.

Foto: Luc Claesen / Getty Images