Houston, we have a problem!

Było sarkastycznie, to teraz na poważnie. Pod postami na Facebooku i Twitterze, odsyłającymi do poprzedniej notki o domorosłym naprawianiu kariery Kwiatka, wywiązały się bardzo interesujące i pouczające dyskusje. Bardzo za nie dziękuję, bo na wiele rzeczy otworzyły mi oczy, chociaż nie ukrywam, że kilkoma argumentami jestem raczej przerażony. Postanowiłem wobec tego zebrać to wszystko w jednym miejscu w swoiste Q&A. Nawet, jeśli będzie to wyglądać, jakbym robił wywiad z samym sobą – trudno. Nie będzie to pierwszy przypadek w historii mediów, a ja nie wyjdę z wprawy w gadaniu do siebie 😉 Ale uznałem, że zebranie większości tych rzeczy w jedną całość może komuś jeszcze pomóc spojrzeć na problem z dystansem. Bo wyartykułowany w tych rozmowach wniosek, wbrew pozorom wesoły nie jest.

A zatem…

Czy ja przypadkiem nie odbieram ludziom prawa do wygłaszania opinii na temat kariery Kwiatka? A co, jak komuś się jego kariera nie podoba?

OK. Załóżmy na chwilę, że każdy ma prawo do oceniania karier różnych ludzi, nie tylko sportowców. Czy poszedłbyś do swojego internisty i powiedział mu, że Twoim zdaniem lepiej by się sprawdził jako ortopeda? Jakiej reakcji byś się spodziewał? Albo czy chciałbyś, żeby Cię operował chirurg, któremu właśnie przed chwilą ktoś powiedział, że źle pokierował swoją karierą, bo jako stomatolog byłby bardziej na miejscu? Nie sądzę. Dlaczego zatem wydaje Ci się, że możesz tego typu sądy bez skrępowania wygłaszać w stronę sportowców?

To nie znaczy z automatu, że nie możesz mieć swojego zdania na dany temat. Pytanie tylko, czy każdą opinią musisz się dzielić z całym światem? Spróbuj na głos skrytykować fryzurę własnej żony – przecież masz do tego prawo. A potem pogadajmy…

Sport nie istniałby bez zainteresowania kibiców, którzy kupują produkty sponsorów, albo płacą za oglądanie relacji w tv. W pewnym sensie jesteśmy więc właścicielami zespołów i kolarzy, to chyba mamy prawo krytykować to, w jaki sposób prowadzą swoje kariery?

W pewnym sensie to analogiczna sytuacja do poprzedniej, ale spróbujmy ją odwrócić. Ilu klientów firmy, w której pracujesz, pytasz o to, czy dobrze prowadzisz swoją karierę? Ilu z nich pozwalasz na krytykę (w końcu mają do niej prawo)? Czy wyobrażasz sobie sytuację, w której gdzieś w internecie zbiera się grupa klientów Twojej firmy i bez zażenowania wymienia z imienia i nazwiska ludzi, którzy nie spełniają ich oczekiwań (w tym Ciebie)? Ostatecznie mają do tego prawo, przecież pośrednio płacą Twoją pensję.

Sportowcy powinni mieć na krytykę grubą skórę, przecież zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie ich krytykował, choćby dlatego, że po prostu może. No i przecież nie każda krytyka oznacza hejt.

Przeczytałem ostatnio bardzo mądry wywiad z blogerką Janina Daily, w którym powiedziała niezwykle ważną rzecz, wartą zapamiętania i stosowania: „żadne zdanie, którego nie powiedziałbyś krytykowanej osobie prosto w oczy, nie jest warte opublikowania”. Nie ma znaczenia, czy chowasz się pod nickiem, czy piszesz pod własnym nazwiskiem, bo dla odbiorcy i tak jesteś anonimowy. Jesteś obcym człowiekiem, który próbuje wleźć z butami w czyjeś życie i powiedzieć mu, jak powinien je meblować, żebyś Ty był zadowolony. Zrobisz to face to face? Nie sądzę. Dlaczego więc wydaje Ci się, że możesz to robić w sieci? Na czym polega różnica? Na nośniku? Bo przecież do przekazania jest dokładnie ta sama informacja.

Oczywiście żyję już wystarczająco długo, żeby wiedzieć, że tak jest i niezwykle trudno z tym walczyć, ale to też nie oznacza, że powinienem się z tym z automatu godzić. Nie godzę się. I nie odbieram nikomu prawa do krytyki. Po prostu uważam, że w większości przypadków tego prawa zwyczajnie nie mamy.

Czyli Kwiatka nie można krytykować, a żelazny argument jest taki, że ludzie się nie znają?

Jako nieskończony filozof ze specjalnością „teoria poznania” odpowiem tak: nie znam przypadku rozwoju wiedzy, który opierałby się na wygłaszaniu zdań oznajmujących. Do wiedzy prowadzi zadawanie pytań. I tak naprawdę do tego powinna się sprowadzać cała dyskusja: do pytania i szukania odpowiedzi. Do stawiania hipotez i weryfikowania ich z rzeczywistością. Tymczasem zdecydowana większość dyskusji ogranicza się do wygłaszania prawd objawionych i mało kto zadaje sobie w ogóle trud zrozumienia, na czym w istocie polega dyscyplina, do krytyki której przypisujemy sobie niezbywalne prawa. I właśnie z tym się nie zgadzam.

Masz prawo mieć własne zdanie na każdy temat, ale zanim wypowiesz je na głos, upewnij się, że oprócz zdania masz jeszcze na ten temat jakąś wiedzę. Tylko tyle.

_____________________________________

W gruncie rzeczy można tak długo, bo zdań w dyskusji padło sporo. Przyszło mi jednak do głowy pewne porównanie, które – tak mi się przynajmniej wydaje – dość dobrze oddaje źródło problemu.

Houston, we have a problem: pomieszaliśmy rzeczywistości. Przestaliśmy w sportowcach widzieć ludzi, których chcielibyśmy naśladować. Widzimy w nich wyłącznie awatary, którymi próbujemy zarządzać w jakimś globalnym sport-managerze. To my chcemy ustalać im strategie, wybierać składy, wyznaczać zadania i kreślić ścieżki kariery. I zmieniać je, kiedy nam się „nie podobają”.

Problem w tym, że nasze wyobrażenia na koniec dnia weryfikuje rzeczywistość. I pretensje wygłaszamy również w stronę rzeczywistości: prawdziwych ludzi, którzy mają prawdziwe uczucia i wykonują rzeczywistą, nieprawdopodobnie ciężką pracę.

My jej nawet nie próbujemy zrozumieć. Po prostu „nie podoba nam się kariera”.

_____________________________________

Foto: A.S.O. – Pauline Ballet

Kariera pod specjalnym nadzorem.

Czasem sobie myślę, że to wielkie szczęście, że w Polsce nie ma jeszcze specjalistycznych studiów z naprawiania kariery Michała Kwiatkowskiego, bo w lipcu drukarnie nie nadążyłyby z produkcją dyplomów. Nie mam też pojęcia, kiedy prezydent jeździ na wakacje, ale na wszelki wypadek nie powinien wówczas nic planować na lipiec, bo na bank byłoby też do wręczenia parę tytułów profesorskich. W lipcu bowiem na kraj spływa oświecenie i niemal wszyscy wiedzą: jak wyciągnąć kleszcza, jak fachowo rozstawić parawan i do jakiego zespołu powinien niezwłocznie przejść Michał Kwiatkowski, którego praca na rzecz liderów INEOS jest niegodna polskiej racji stanu.

Nie wiem, czy istnieje druga taka dyscyplina, w której sportowiec byłby poddawany krytyce za to, że perfekcyjnie wykonuje swoje zadania? Serio, nie potrafię sobie wyobrazić. Widziałem już gromy, sypiące się na sportowców po przegranych zawodach i choć nie akceptuję pojawiającego się wówczas hejtu, to jestem w stanie jakoś zrozumieć niezadowolenie. Ja co prawda wzruszam wówczas ramionami, bo bez względu na to, jak wysoko i z jakiego powodu przegrała moja ulubiona drużyna, nie ma to najmniejszego wpływu na moje życie; w najgorszym wypadku popsuje mi na chwilę humor. Ale rozumiem, że są ludzie, którzy się w te sprawy angażują mocniej i przeżywają to głębiej, posuwając się do mało parlamentarnych form ekspresji swojego niezadowolenia. Trudno, nobody’s perfect. Ale w sytuacji, w której sportowiec realizuje to, co do niego należy? Nie pojmuję. Tymczasem w kolarstwie zdarza się to notorycznie.

Bywa, że jak chcę się maksymalnie zdołować, zerkam sobie w komentarze pod moimi tekstami. W gruncie rzeczy nie powinno się tego robić bez opieki terapeuty, ale czasem podejmuję ryzyko. Pal już licho te teorie o „wyścigach równoległych”, ale niedawno dowiedziałem się z takiego komentarza, że nie rozumiem duszy kibica, bo ów chciałby „kibicować polskim kolarzom, ale pomagierów nie liczy”. No cóż. Istotnie nie rozumiem. Tak samo jak nie rozumiem tego, dlaczego w autobusie nie możemy wszyscy siedzieć obok kierowcy? Przecież stamtąd jest lepszy widok i jak ktoś się nie załapuje, to z pewnością jest frajerem.

Czym dalej w las, tym robi się ciekawiej, bo jak już spłynie cała pierwsza fala pomyj, że „polski mistrz świata hańbi nasze barwy, pozwalając obcym na to, żeby się nim wysługiwali” (tej duszy kibica bardzo współczuję, bo musiała strasznie cierpieć), to do głosu dochodzą wspomniani na wstępie doktoranci od naprawiania kariery Michała. I tu się zaczyna długa litania pomysłów, co powinien zrobić Michał, na jaki zespół zamienić INEOS i dlaczego na CCC Team.

Tu mała dygresja: dawno, dawno temu, jeszcze w czasach, kiedy świat był dużo lepszy, bo nie było na nim Facebooka, Twittera i wielu innych miejsc, w których ludzie nieskrępowanie chwalą się swoją głupotą, pewna moja znajoma prowadziła dość popularnego bloga, zresztą jednego z pierwszych, które powstały w rodzącej się dopiero tzw. blogosferze. Pewnego dnia podzieliła się na nim informacją, że właśnie została „zrestrukturyzowana” i musi budować swoją karierę poza organizacją, która do tej pory płaciła jej pensję. Ludzkość ruszyła na pomoc, najczęściej dzieląc się dobrą radą: „załóż firmę!”. „No dobra, ale JAKĄ?” – dopytywała. „Najlepiej jakąś dobrze prosperującą” – otrzymała w odpowiedzi.

Mniej więcej taką samą wartość mają „porady”, adresowane w stronę Michała, że powinien się rozglądać za nową ekipą. Mnie osobiście najbardziej rozbawia argumentacja, wedle której Michał musi natychmiast zmienić zespół na taki, w którym znajdzie nareszcie „bezpieczną przystań”, „należny szacunek” i byłaby to wreszcie drużyna „zbudowana pod niego”. W tym kontekście najczęściej pojawia się oczywiście CCC Team.

Zostawmy na boku pewne zakrzywienie czasoprzestrzeni, z którego wynika, że Michał poszedł do INEOS po to, żeby przeczekać trudny okres w swojej karierze do momentu, aż na białym koniu przybędzie Dariusz Miłek, żeby go uratować i stworzyć zespół, wymarzony dla realizacji celów Kwiatkowskiego. To, że CCC Team powstało jakieś dwa i pół roku po tym, jak Kwiato rozpoczął jazdę w SKY, nie może mieć przecież większego znaczenia, bo kiedy trzeba ratować nasz narodowy skarb, to kto by się przejmował takim drobiazgiem, jak chronologia zdarzeń…

Odłóżmy też na moment romantyczne pragnienia, aby w końcu polska drużyna jeździła w World Tourze z polskimi kolarzami, bo te marzenia akurat jestem w stanie zrozumieć, z zastrzeżeniem, że traktujemy je jako cel, do którego w pewnej perspektywie konsekwentnie dążymy. Oraz z zastrzeżeniem, że projekty, budowane na dumie narodowej nie zawsze przynoszą oczekiwane rezultaty, o czym powinna nas uczyć chociażby ledwie 10-letnia historia Teamu Katusha, którego przyszłość wisi właśnie na włosku (i za którego sukcesy odpowiadają w największym stopniu – o ironio! – Norweg i Hiszpan).

Nader często zapomina się też o takim drobiazgu, że sam Kwiatkowski jest po prostu typem faceta, skoncentrowanego w 100% na realizacji zadania. I co ważniejsze: zadania, związane z wynikiem zespołu, są dla niego zawsze priorytetowe. Bywa, że pokrywają się z jego własnymi ambicjami (jak np. walka o zwycięstwo w Tour de Pologne), ale bywa też, że te cele są zupełnie różne – jak w tej chwili w Tour de France. Rozmawiałem z nim o tym dość długo w ubiegłym roku i w tej kwestii był i jest absolutnie jednoznaczny: celem jest wygrana drużyny, bo na tym przecież polega ten sport.

Zasadniczy problem polega na tym, że drużyny kolarskie buduje się nie po to, żeby zapewnić bezpieczną przystań kolarzom, ale po to, żeby wygrywać wyścigi. I buduje się je w taki sposób, żeby zapewnić właścicielom i sponsorom możliwie najwięcej wygranych. Myślę, że żaden odpowiedzialny dyrektor sportowy nie wziąłby na siebie ryzyka wydawania fortuny na gwiazdę i budowania wokół niej zespołu, tylko po to, żeby spełnić marzenia kibiców. Drużyny sportowe buduje się najczęściej w taki sposób, żeby mieć możliwie najwięcej dostępnych wariantów zestawienia składów na różnego rodzaju wyścigi (czasem rozgrywane w tym samym czasie), przy dodatkowym uwzględnieniu ryzyka, że każdy z członków zespołu może w każdym momencie ulec kontuzji, zachorować, albo z dowolnego innego powodu być w słabszej dyspozycji. Fajnie, jak zespół ma w szeregach gwiazdy, ale drużyna sportowa to nie boys band, w którym wszyscy mają fajnie wyglądać i wywoływać mdlenie fanek. Tutaj wszyscy, z liderem włącznie, mają po prostu do ostatniej kropli potu zasuwać, żeby zrealizować zadanie. A jak lider upada i trzeba go wsadzić na rower, to nie myśli się o narodowej dumie i cierpieniach duszy kibica, tylko o upływających sekundach, bo w tym sporcie na końcu chodzi o to, żeby ich bilans na mecie był ujemny.

Od kilku dni krążą plotki o tym, że z drużyną INEOS wita się powoli zwycięzca tegorocznego Giro, Richard Carapaz, na co część kibiców reaguje gromkim „Michał! Uciekaj!”. Zupełnie jakby ludzie w INEOS nie mieli nic lepszego do roboty, tylko szukali metody na utrudnienie Kwiatkowskiemu życia. Drobiazg, że jeszcze do końca nie wiadomo, ile potrwa rekonwalescencja Froomiego i w jakiej formie (i kiedy) wróci na rower. Grunt, że można Michałowi rzucić pod nogi kolejną kłodę. Tak przynajmniej widzi problem większość profesorów od kariery Kwiatkowskiego (o którą jak dotąd nic nie robili, ale są gotowi z zapałem ją reperować), którzy przy okazji zupełnie zapominają, że Kwiato poszedł do SKY z własnej woli i z jasno określonymi celami: zdobywaniem doświadczeń i pracy nad tym, by kiedyś stanąć na starcie Tour de France jako jeden z liderów drużyny. I moja osobista dusza kibica wierzy, że w końcu uda mu się to zrealizować.

Zdaję sobie sprawę, że jesteśmy wszyscy mocno przyzwyczajeni do traktowania sportu w kategoriach narodowościowych i kolarstwo pod tym względem jest dyscypliną dość trudną do zrozumienia. Ale w gruncie rzeczy niczym specjalnie się nie różni od klubowej piłki nożnej. Czy ktoś kiedyś miał pretensje do na przykład Łukasza Piszczka, że był obrońcą w Borussii, a nie napastnikiem w Legii? Przecież na tej pozycji miałby większe szanse na strzelanie bramek. OK, może oczekiwania wobec Piszczka są mniejsze, bo nie był wcześniej mistrzem świata. Ale nie sądzę, żeby to był ten powód.

Może więc faktycznie dusza kibica kolarstwa jest inna od duszy piłkarskiej? Może ja faktycznie jej nie rozumiem? I co to będzie, jak podczas Tour de Pologne w roli liderów swoich drużyn wystąpią Kwiatkowski i Majka? Co wówczas zrobi dusza kibica? Kogo z nich uzna za „pomagiera” i pominie?

Na koniec jedna ważna uwaga: nie chodzi o to, że nie można na ten temat dyskutować i snuć śmiałych wizji. Ale przed wygłoszeniem po raz tysięczny tej samej opinii warto sobie zadać pytanie, czy ów akt strzelisty, którym radośnie dzielę się w anonimowym komentarzu, wnosi do dyskusji jakikolwiek element wiedzy? Bo jeśli nie, to może warto sobie darować? Po co wrzucać kolejny kamyczek do ogródka, w którym i tak nic nie wyrośnie?

TDF – ściągawka z punktozy.

Chwilę mnie nie było i trochę to miejsce zarosło perzem, ale nie ma czasu się tłumaczyć. Poza tym i tak nikogo nie obchodzi, co robiłem w podróży poślubnej 😉 Za chwilę jednak wybiegam do studia, gdzie znów się będę mocował z nieokiełznaną materią Tour de France Extra, choć tym razem (na szczęście) wszystkie moje wpadki przykrywać zapewne będzie studio z tzw. polskiego okna. (Kiedyś może dokładniej wyjaśnię, o co w tym wszystkim biega i dlaczego np. w Eurosport Playerze zamiast regularnych reklam lub obrazu z trasy oglądamy różnego rodzaju „zaślepki” i autopromocje).

Tymczasem na okoliczność roboty obryłem się z regulaminu TdF, a ponieważ nie jest szczególnie łatwo dostępny, a sporo ludzi pyta o różnego rodzaju zawiłości, związane z liczeniem punktów w rywalizacji o zieloną koszulkę, postanowiłem ten temat nieco przybliżyć.

A zatem: 21 etapów Tour de France podzielonych jest aż na 7 kategorii, które służą dwóm zasadniczym celom: naliczaniu punktów oraz szacowaniu limitu czasowego, w którym muszą się zmieścić wszyscy zawodnicy. Ta druga sprawa jest mocno skomplikowana, bo tutaj dopuszczalny limit, mierzony jako % czasu zwycięzcy, zależy nie tylko od rodzaju etapu, ale również od średniej prędkości, z jaką dany etap został przejechany. Jeśli więc np. dzisiejszy etap nr 3 z Binche do Epernay, zwycięzca przejedzie ze średnią prędkością powyżej 46 kmh, to ostatni zawodnik musi się zmieścić w jego czasie + 18%. Jeśli prędkość będzie niższa, np. 40 kmh, to maruderzy będą się musieli zmieścić w zaledwie 12% marginesie. Dość skomplikowane, ale wymyślili to Francuzi, więc nikt nie obiecywał, że będzie prosto 😉

A co z punktami dla sprinterów? Kategorii, jak wspomniałem wyżej, jest 7. Ostatnią, czyli drużynową jazdę na czas, zostawmy w spokoju, tutaj punktów nie ma. Ale już za indywidualną czasówkę (kat. 6) jest przyznawane: 20 punktów dla zwycięzcy, 17 dla drugiego zawodnika, 15 dla trzeciego i dalej: 13, 11, 10, 9, 8, 7, 6, 5 4, 3, 2, 1. Obdarowanych punktami jest w każdym przypadku aż 15 zawodników.

Taka sama punktacja obowiązuje na każdym lotnym finiszu oraz na etapach, określonych jako „bardzo trudny” (kat. 4) i „bardzo trudny i krótki” (kat. 5). Tu się łapią etapy: 6. (Mulhouse – La Planche des Belles Filles), 14. (Tarbes – Tourmalet), 15. (Limoux – Foix), 18. (Embrun – Valloire), 19. (Saint-Jean-de-Maurienne – Tignes) oraz 20. (Albertville – Val Thorens).

Skoro już idziemy od tyłu, to w kategoriach 2 i 3 (etapy pagórkowate i bardzo pagórkowate), punktacja jest następująca: 30 pkt. – zwycięzca, 25 – drugie miejsce, 22 – trzecie i dalej: 19, 17, 15, 13, 11, 9, 7, 6, 5, 4, 3, 2. Ta zasada obejmuje etapy: 3. (Binche – Epernay), 5. (Saint-Die-des-Vosges – Colmar), 8. (Macon – Saint-Etienne), 9. (Saint-Etienne – Brioude), 10. (Saint-Flour – Albi) oraz 12. (Toulouse – Bagneres-de-Bigorre).

I wreszcie kategoria 1. – etapy, określane jako „sprinterskie” (dosłownie: „bez większych trudności”). Tu do zdobycia na finiszu jest najwięcej punktów, bo zwycięzca zgarnia ich aż 50. Drugi zawodnik już tylko 30, trzeci – 20. A dalej leci to tak: 18, 16, 14, 12, 10, 8, 7, 6, 5, 4, 3, 2. Takich etapów jest na trasie aż siedem (jeden – pierwszy – już za nami), więc zostają jeszcze: 4. (Reims – Nancy), 7. (Belfort – Chalon-sur-Saône), 11. (Albi – Toulouse), 16. (Nimes – Nimes), 17. (Pont du Gard – Gap), no i oczywiście etap ostatni, z metą na Champs-Élysées.

Nie jest łatwo się w tym połapać, ale mam nadzieję, że ta ściąga cokolwiek pomoże.

Foto: ASO / Alex Broadway

Jedno małe marzenie…

Wiecie, za co najbardziej podziwiam Rafała Majkę?

Za to, że codziennie wsiada na rower i jedzie dalej.

Za to, że mimo wszystko ciągle mu się chce, nawet kiedy czuje, że coś tu nie działa jak powinno, coś nie wychodzi i to wszystko nie tak miało być.

Za to, że codziennie widzi, jak cel mu ucieka i robi się coraz bardziej niewyraźny, a on nic nie może zrobić, ale mimo to każdego dnia daje z siebie wszystko.

Za to, że nie rezygnuje, mając świadomość, że spora grupa internetowych znawców wszystkiego już go skreśliła i zatruwa pozostałych swoim odwiecznym „a nie mówiłem?”. Raczej na pewno tego nie czyta, ale jestem pewien, że ma tę świadomość.

Za to podziwiam go najbardziej. Za to podziwiam wszystkich sportowców.

Mam tylko jedno małe marzenie: niech każdy z nas zrobi codziennie chociaż jedną rzecz z takim samym zaangażowaniem, z jakim Rafał walczy o to uciekające mu Giro.

Tylko tyle.

Jestem pewien, że świat stanie się wtedy znacznie piękniejszy.

______________________________

Foto: Fabio Ferrari / La Presse

The show must go on…

Obowiązkowym wyposażeniem kibica kolarstwa powinien być kubeł zimnej wody, stojący gdzieś zawsze na podorędziu. W ogóle idealnym rozwiązaniem byłoby, gdyby jego użycie było warunkiem zalogowania się na forum czy grupę dyskusyjną: wpisz login, hasło, potwierdź, że nie jesteś robotem i załącz aktualny filmik ze studzenia parującej czupryny. Trudno o inne wnioski, gdy się czyta płomienne akty strzeliste kipiących świętym oburzeniem kibiców. Jak choćby te wczorajsze, po wycofaniu się z Giro d’Italia Caleba Ewana i Elii Vivianiego.

Czytam sobie te pomysły i czuję, jak zaczyna mi brakować RAM-u do wyobrażenia sobie tych dwóch zbłąkanych neutronów, które połączyły się w ideę anulowania wcześniejszych wyników tych kolarzy, którzy wycofują się z wyścigu przed jego zakończeniem. Serio można w ogóle wpaść na taki pomysł? No to wyobraźmy sobie, jak by to mogło wyglądać.

Załóżmy, że etap 1. wygrywa kolarz z numerem 101. Ten z numerem 102 jest drugi, 103 – trzeci i tak dalej. Kolejne etapy wygrywa ta sama trójka, ale w różnych konfiguracjach, jak Frapporti, Maestri i Cima na lotnych finiszach. Aż przychodzi trudniejsza część wyścigu i kolarz z numerem 101 się wycofuje. Zatem bierzemy swoje kajety i kreślimy: pierwszego etapu już nie wygrał kolarz 101, tylko 102. Na drugim 102 był drugi, a nie trzeci, a na trzecim drugi był 103, który wcześniej był trzeci.

Kolejnego dnia wycofuje się ten z numerem 102, więc kreślimy od nowa: pierwszy etap wygrał 103, drugi też 103 i wychodzi na to, że trzeci też 103, bo przecież 101 i 102 już nie jadą. Potem wycofuje się kolarz z numerem 103, a my bierzemy nowy zeszyt, bo w tym starym nie ogarniamy już wszystkich wcześniejszych zmian. Potem bierzemy na kolana wnuka, którego próbujemy zarazić naszą pasją i idziemy sobie zaparzyć melisę, bo wkurza nas, że on nie rozumie, dlaczego kolarz, który przyjechał na metę jako trzeci, tydzień później wygrał ten sam etap w wyniku kilku skreśleń w notatniku.

Koronnym argumentem zwolenników teorii anulowania wyników wycofujących się kolarzy jest ich „niesportowe zachowanie”. Rzucam sobie okiem na powyższą łamigłówkę: no faktycznie, sport jak diabli. Kiedyś grałem w coś podobnego. Nazywało się „statki”.

Sięgam zatem po kubeł z zimną wodą i próbuję sobie przypomnieć o co w tym wszystkim chodzi i – nie chce być inaczej – wychodzi mi na to, że o zabawę i show. To nie jest nowy wynalazek Mauro Vegni, czy Christiana Prudhomme. W kolarstwie od samego początku chodziło wyłącznie o show, a wielkie wyścigi już grubo ponad sto lat temu służyły jednemu bogu: mamonie. Tour de France promował L’Auto, Giro – La Gazetta dello Sport, Paryż-Roubaix – tor kolarski, a belgijskie klasyki ich lokalną prasę i biznesy. Nic się w tej materii nie zmieniło. Sport jest tu narzędziem, a nie celem samym w sobie i choćbym nie wiem jak się obrażał na rzeczywistość, już tego nie zmienię. Zresztą… rzecz dotyczy nie tylko kolarstwa, ale generalnie wszystkich dyscyplin, których uprawianie jest sposobem życia jednych i metodą na zarabianie pieniędzy przez innych.

Zgoda, mało w tym romantyzmu i szlachetnej wizji Pierre’a De Coubertin, ale takie jest życie. Gdybym tego nie akceptował, prawdopodobnie interesowałbym się bardziej hodowlą winniczków, niż kręcącymi nogami facetami w lycrze. Tymczasem życie Wielkich Tourów jest poukładane w taki sposób, że najpierw jest areną dla sprinterów, którzy ku uciesze gawiedzi, tłumnie zgromadzonej na ulicach i placach miast dają popis nieprawdopodobnego szaleństwa, rozpędzając się ramię w ramię do 70 kmh i walcząc o każdy centymetr drogi. Potem sprinterzy ustępują miejsca góralom, którzy to trzytygodniowe show rozstrzygają na swoją korzyść.

Udział w wyścigu to nie przymus, ale umowa między zawodnikiem, a jego drużyną, organizatorem imprezy i sponsorami. Jeśli ta umowa dopuszcza możliwość wycofania się z rywalizacji, przyjmuję ją jako element rozgrywki i traktuję jako rozwiązanie taktyczne, którym w istocie jest, bo zmienia priorytety pracy całego zespołu i pozwala mu się skoncentrować na realizacji innych zadań w drugiej części wyścigu.

Inna sprawa, że etapy sprinterskie bywają nużące i źle się je ogląda w telewizji. Tegoroczne Giro w pierwszej części też jest pod względem emocji dość mocno rozczarowujące. Ale nie przypominam sobie takiego wyroku, który by skazywał kogokolwiek na siedzenie pięć godzin przed telewizorem. Nudzi Ci się? Idź na rower! Po co masz zatruwać życie sobie i innym, narzekając, że to wszystko nie tak i że zrobiłbyś to inaczej. Kalendarz kolarskich imprez jest bogaty – znajdź coś dla siebie i tym się ciesz, zamiast odbierać frajdę sobie i innym.

Sport to rozrywka i mam nadzieję, że nią pozostanie. Z etapu walk niewolników ludzkość już szczęśliwie wyrosła.

Foto Gian Mattia D’Alberto – LaPresse

Nie wszystko zło(to)…

Palec do budki, kto przed każdym wyścigiem uważnie studiuje regulamin imprezy? Pytam rzecz jasna o te wyścigi, które oglądamy w telewizji, bo co do tych, w których startujemy zakładam (naiwnie), że sprawa jest oczywista. A dlaczego pytam? Otóż pozwoliłem sobie w moim ostatnim felietonie w NaSzosie na krytykę tej części kibiców, która zasiada przed telewizorami z encyklopedyczną wiedzą o wszystkich edycjach Wielkich Tourów, o ich zwycięzcach, kluczowych momentach i innych ważnych – nie zaprzeczam – wydarzeniach, po czym dzieli się z resztą swoimi przemyśleniami, że to wszystko nie tak, kiedyś to było inaczej, a teraz to tylko doping, wyścigi zamurowane przez Sky, a Kwiatkowski sprowadzony do roli parobka. Część odbiorów oczywiście poczuła się urażona, choć moją intencją było przecież opisanie zjawiska, a nie obrażanie kogokolwiek.

Co wspólnego z tym wszystkim mają szczegółowe regulacje dla każdego z wyścigów? Wbrew pozorom bardzo wiele, bo wiedząc o co tak naprawdę walczą kolarze na trasie wyścigu można na pewne ruchy taktyczne spojrzeć z nieco innej perspektywy i odkryć, że to, co w pierwszym odruchu nazywamy „do dupy strategią”, może być w rzeczywistości dobrze przemyślanym ruchem taktycznym, który może na pierwszy rzut oka wygląda dziwnie, ale w istocie przynosi drużynie i kolarzom wymierne korzyści.

Bardzo łatwo ucieka nam z pola widzenia, że sportowcy (nie tylko kolarze) nie walczą wyłącznie o sławę, wieczną pamięć i wzmianki w Wikipedii, ale również o czas antenowy (bo mają zobowiązania wobec sponsorów), punkty do rozmaitych klasyfikacji (np. punkty UCI, od liczby których zależy choćby to, ilu zawodników może wystawić reprezentacja danego kraju na mistrzostwa świata lub Europy) oraz – last but not least – o pieniądze. A niejednokrotnie głównie o pieniądze, bo – o czym również bardzo często zapominamy – to, co dla nas jest czystą rozrywką, dla nich jest sposobem na życie, nawiasem mówiąc dosyć krótkie, jeśli chodzi o tzw. „aktywność zawodową” (chociaż – rzecz jasna – po zakończeniu kariery można robić różne rzeczy, ale to temat na inną opowieść).

Chyba nie ma takiej ekipy, która miałaby komfort ścigania się wyłącznie dla sławy i dzielenia się nią ze sponsorami, którzy wyasygnują za to wystarczającą kwotę we właściwej walucie (to w ogóle odwieczny problem i wina Fenicjan, którzy wynaleźli za mało pieniędzy…). Z rocznego raportu firmy Tour Racing Ltd (właściciela Team Ineos, czyli do niedawna Sky) wynika, że prawie 21% rocznych przychodów spółki pochodzi od partnerów technicznych (bez uwzględnienia sprzętu, bo wartość w naturze to osobna pozycja) oraz z nagród pieniężnych, zdobywanych na wyścigach, które prawdopodobnie stanowią lwią część tej kwoty. 21% z 38 milionów funtów to sporo, a biorąc pod uwagę, że cały roczny bilans zamyka się tzw. „czarnym zerem”, czyli niewielką kwotą na plusie (niecałe 50.000 GBP), można podejrzewać, że gdyby nie zdobywane nagrody, zespół musiałby ograniczyć swój apetyt w pozyskiwaniu nowych zawodników albo pozbyć się kilku z obecnego składu.

Wróćmy do tego, że pewne sytuacje wyglądają inaczej, jeśli na nie spojrzeć z innej perspektywy. Budżet nagród pieniężnych w tegorocznym Giro d’Italia wynosi dokładnie 1.499.860 euro, a nagrody przyznawane są w tylu kategoriach, że ich wymienienie i opisanie zajmuje dokładnie połowę 20-stronicowego dokumentu, przygotowanego przez organizatorów. Jedną z tych klasyfikacji jest oczywiście klasyfikacja punktowa i wszystkie związane z nią benefity. Jest ich sporo, ale jednym z nich – o czym nie wszyscy wiedzą i stąd właśnie pytanie, postawione na wstępie – jest nagroda za to, że kolarz jedzie w fioletowej (o pardon: cyklamenowej) koszulce. Mówiąc wprost: za sam fakt jechania w koszulce lidera klasyfikacji (każdej) na koncie drużyny ląduje kasa.

I teraz weźmy sobie dla przykładu ten nieszczęsny 4. etap do Frascati, na którym Rafał Majka stracił 16 sekund do Roglića, bo zespół był mocniej zaangażowany w to, żeby podciągnąć jak najwyżej Pascala Ackermanna. Część polskich kibiców zapłonęła świętym oburzeniem, no bo jak to? Majka miał być przecież liderem na generalkę, a oni tu holują faceta, żeby sobie zdobył jakieś punkty?

Oczywiście, strata 16 sekund przez kandydata do wysokiego miejsca w klasyfikacji generalnej to przy tak mocnej konkurencji spore ryzyko, nawet jak na tak wczesną fazę wyścigu. Ale co było do wygrania? Nic. Nawet gdyby Rafał dojechał z grupą liderów do mety, to prawdopodobnie nie angażowałby się w walkę na finiszu, bo to po pierwsze: nieszczególnie odpowiadający mu profil, a po drugie: zbyt wczesna faza wyścigu, żeby ryzykować utratę sił. Jedyną korzyścią byłoby zachowanie dotychczasowych różnic czasowych.

Co wygrał Ackermann? Pomijając drobiazg, że ponownie otworzył sobie szansę na sukces w klasyfikacji punktowej, zdobył całkiem realne punkty UCI (co z punktu widzenia niemieckiej drużyny nie jest zupełnie bez znaczenia) oraz 750 euro za sam fakt ściągnięcia koszulki z pleców Gavirii. I będzie takie 750 jurków inkasował za każdy dzień, przejechany w cyklamenowym trykocie. A ponieważ na 7. etapie Gaviria się wycofał, a Vivianiego z punktów ogołocili wcześniej sędziowie, Ackermann (jeśli nie popełni żadnego błędu i zmieści się w limitach czasu na górskich etapach) ma duże szanse na dojechanie jako lider klasyfikacji punktowej do Verony, zbierając te codzienne bonusy w niebagatelną kwotę 14 tysięcy euro, do których na podium wyścigu dołoży kolejne 10 tysięcy. Wydaje się mało? A przecież to ponad 1/3 ubiegłorocznego zysku Ineos!;) A poza tym codziennie podium, szampan, migawki w telewizji, zdjęcia na Instagramie, uściski dłoni, autografy, wizyty w zakładach pracy…

W tym miejscu ważne zastrzeżenie: to wszystko oczywiście nie oznacza, że dyrektorzy sportowi siedzą w samochodach z kalkulatorem na kolanach, a strategię na wyścig układają z księgowymi, których mają na gorącej linii i którzy podpowiadają, kto powinien jutro zaatakować, bo trzeba zapłacić ZUS i podatek. Ale w zawodowym sporcie jest to również jeden z ważnych elementów tej całej układanki. Bo sława, palmares, wieczna pamięć i wpisy w Wikipedii są bardzo OK, ale – pardon maj frencz – kolarze ścigają się również dla kasy. I z tej perspektywy wydaje się zrozumiałe, że ich interes może być czasem stawiany wyżej, niż nasze zadowolenie przed ekranem telewizora.

Foto: La Presse – D’Alberto / Ferrari / Paolone / Alpozzi

__________________________________

PS. Zapraszam niezmiennie do śledzenia mojego profilu na Twitterze i Facebooku – tam też wrzucam czasem jakieś kolarskie ciekawostki…

Wyjątkowo zimny maj.

Trochę tu zarasta kurzem, ale tegoroczny maj jest nie dość, że wściekle zimny, to jeszcze wyjątkowo pracowity. Bynajmniej nie narzekam, bo bardzo lubię tę robotę, ale trudno pominąć fakt, że czasu jest mało, a stres spory.

Dość późno się zabrałem za przygotowywanie zapowiedzi Giro d’Italia w Sport.pl, więc wysłałem materiał w ostatniej chwili i nie za bardzo miałem możliwość sprawdzenia, co się z nim dzieje. A podziało się sporo, bo z oryginalnego tytułu „Niekończąca się opowieść” specjaliści od SEO zrobili jakiegoś potworka. No trudno. Nie nadążam za tymi wymogami „nowoczesnego” dziennikarstwa. Abstrahując więc od tego nieszczęsnego tytułu, cała reszta jest chyba zjadliwa, więc jak ktoś ma ochotę (lepiej późno, niż wcale), to można się częstować tutaj.

A na co dzień, przez całe trzy tygodnie wyścigu, mam do realizacji codzienne wydania Giro Extra w Eurosporcie. Bardzo mnie cieszy zdobywanie nowych doświadczeń, ale przyznaję się bez bicia, że stres jest ogromny i po tych 20-30 minutach wychodzę ze studia całkowicie wypompowany. Nie wdając się specjalnie w szczegóły kuchni, dość powiedzieć, że o tym, co zobaczę za moment na ekranie, dowiaduję się zazwyczaj kilka sekund wcześniej. A ponieważ nie jest to typowa relacja na żywo, ale zestaw migawek z fragmentami etapu, który skończył się kilka chwil wcześniej, przeplatanych rozmowami na żywo z tymi, których się właśnie uda złapać, trzeba być czujnym jak ważka, żeby nie dać się niczym zaskoczyć. Wychodzi mi raz lepiej, raz gorzej, czasem ten komentarz jest potwornie drewniany, ale cóż… robię to w sumie po raz pierwszy, więc mam nadzieję, że zanim wyścig się skończy, uda mi się tę nieokiełznaną materię jakoś opanować…

Tak czy inaczej trzymajcie kciuki. I zapraszam codziennie, kilka minut po relacji z każdego etapu Giro – te oglądajcie koniecznie, bo tam się naprawdę pięknie dzieje i będzie działo.

A’propos: o tym, co się może zadziać w Corsa Rosa porozmawiałem sobie też krótką chwilę z Andrzejem Grabowskim na antenie Polskiego Radia 24. Też zapraszam, tu mnie jeszcze nie było 😉