Wszyscy jesteśmy potencjalnymi zabójcami.

Na pierwszy rzut oka nie będzie to wpis o kolarstwie czy rowerzystach. Ale pozory mylą, choć o tym za chwilę…

A zaczęło się od lektury pewnego tweeta, zamieszczonego wczoraj przez jednego ze znanych dziennikarzy sportowych:

W pierwszej chwili uniosłem brew, ale za moment przyszły mi do głowy dwie refleksje. Pierwsza: że oderwanych od rzeczywistości ludzi, którzy sądzą, że świat jest w gruncie rzeczy dobry i tylko z rzadka coś mu nie wychodzi, jest niestety w naszym kraju znacznie więcej, niż jeden dziennikarz. Mogę się założyć, że podobnych „strzałów” byłoby znacznie więcej, gdyby z takim pytaniem przejść się słonecznym popołudniem przez Marszałkowską.

Druga: że nawet te porażające swą wielkością rzeczywiste liczby na nikim już nie robią większego wrażenia. Wystarczy przecież jeden świąteczny weekend, by media nakarmiły nas informacją o tysiącach zatrzymanych za jazdę na podwójnym gazie. Informacją, do której już przywykliśmy i którą na co dzień puszczamy mimo uszu, bo w końcu ile razy można czytać o tym samym? 18 tysięcy przez całe wakacje? Nic nowego…

Ale włos na grzbiecie zjeżyła mi dopiero lektura komentarzy do tego tweeta, z których wynika z grubsza rzecz biorąc tyle, że w sumie nic się nie stało, nie ma żadnego problemu, a te ponure statystyki to wyłącznie kwestia złej definicji „pijanego kierowcy”. No bo przecież na zachodzie obowiązuje 0,5 promila, a bywają nawet kraje, gdzie dopuszczone jest 0,8 promila alkoholu w wydychanym powietrzu, więc nasze 0,2 plus policyjne akcje „trzeźwy poranek” to nic innego, jak podkręcanie statystyk.

Dziękuję, można się rozejść. A jakby komuś ciągle się wydawało, że ponad 18 tysięcy zatrzymanych „po pijaku” za kierownicą to dużo, to powinien pamiętać, że do tych statystyk zaliczani są również pijani rowerzyści, więc już w ogóle nie ma sprawy. No i niech rzuci kamieniem ktoś, kto nigdy nie wsiadł za kółko po jednym piwie.

Spoko. Rozumiem. Jedno małe piwo. Trzy tysiące zabitych rocznie to też w sumie małe piwo. A poza tym przecież każdy kiedyś musi umrzeć, więc o co w ogóle ta awantura?

No nie wiem. Mnie to jednak mimo wszystko przeraża, bo skoro jesteśmy tacy świetni i jedno piwo to nie problem, to dlaczego od lat mapa UE pod względem liczby wypadków wygląda tak?

Ktoś pewnie powie w tym momencie: „Ale zaraz, zaraz! Przecież to nie jest mapa wypadków, spowodowanych piciem alkoholu!” i z punktu widzenia statystyki zapewne będzie miał rację. Problem pojawia się wtedy, kiedy ze statystyki wrócimy do realnego życia, bo dopiero w nim objawia się tak naprawdę to, co mamy w głowach i czemu dajemy wyraz w tego typu dyskusjach: nasz egoizm.

Ktoś zupełnie niedawno, przy okazji tragicznej burzy w Tatrach, użył bardzo ciekawego określenia: „bomisizm”. Bardzo mi się podoba, bo doskonale oddaje to, co drzemie – niestety – w większości z nas: „bomisię: należy / spieszy / podoba / chce” i tak dalej. „Bomisizm” nas konstytuuje. Moja osobista korzyść jest zawsze ważniejsza od korzyści wspólnoty. Co więcej: moje „bomisię” czuję się zobowiązany na każdym kroku demonstrować, bo tylko dzięki temu mogę zdobyć należny mi szacunek i właściwe miejsce w hierarchii.

„Bomisizm” na naszych drogach jest widoczny najlepiej, a w takich dyskusjach, jak pod przytoczonym tweetem, jest później doskonale usprawiedliwiany. „Bomisię” nic nie stanie, kiedy wypiję jedno piwo, „bomisię” ono należy po ciężkiej pracy, z której będę wracał na złamanie karku, „bomisię” spieszy.

Kiedyś tutaj opisywałem chillout, panujący na drogach Danii, gdzie wszyscy jadą 80 kmh i wszyscy dojeżdżają na czas do celu. Przy okazji żyją w znacznie czystszym kraju, bo każdy Duńczyk doskonale wie, że jazda ze stałą, nieprzesadnie dużą prędkością, to mniejsze spalanie i mniejsze zanieczyszczenie. Przy okazji ciekawostka: stosunkowo zamożni Duńczycy wcale nie potrzebują do przemieszczania się drogich samochodów z wielkimi silnikami, większość jeżdżących po ich drogach pojazdów, to auta klasy średniej. W Polsce jak nie odjedziesz ze skrzyżowania z piskiem opon i rykiem swoich 200 koni mechanicznych, to jakbyś się publicznie przyznał do problemów z erekcją. Efekty? W Danii na drogach ginie średnio 30 osób na milion mieszkańców. W Polsce – 75.

I teraz wracamy do tych przeklętych statystyk, rzekomo zawyżanych przez nasze nieszczęsne 0,2 promila i „trzeźwe poranki”. Co powie statystyczny Polak na to zestawienie liczby ofiar w Polsce i Danii? Że w Polsce ginie nieco ponad dwa razy więcej ludzi, niż tam. Ale czy aby na pewno?

Te 30 osób na milion mieszkańców, przy 5 milionach Duńczyków daje jakieś 150 ofiar rocznie. 75 ofiar na milion mieszkańców w Polsce daje blisko 3.000 rocznie. Nie dwa, a dwadzieścia razy więcej!

3.000 ofiar to również 3.000 niepotrzebnych pogrzebów, za które ZUS wypłaca zasiłek. To również ponad 1.500 osób w wieku produkcyjnym, które z dnia na dzień znikają z rynku pracy (ponad 55% ofiar to osoby w wieku 25-64 lata). To także w większości z tych przypadków wypłacane rodzinom przez długie lata renty, na które również się składamy. A przecież mówimy tu tylko o zabitych, nie licząc kosztów leczenia dziesiątek tysięcy rannych.

Płacimy za to miliardy złotych. Ale o tym wszystkim nikt z nas nie myśli, kiedy sięga po „tylko jedno piwo”, „bomisię” wydaje, że to przecież wina naciąganej statystyki. Już nie mówiąc oczywiście o tym, że to są również tysiące zupełnie niepotrzebnych dramatów.

I tak każdego roku, od lat.

„Bomisię” spieszyło. „Bomisię” chciało napić z kolegami. „Bomisię” wydawało, że zdążę na „późnym żółtym” lub „wczesnym czerwonym”. „Bomisię” zdawało, że nie jadę tak szybko, albo że ten gość na rowerze jest jeszcze daleko.

Ale przede wszystkim: „bomisię” nie chciało pomyśleć o innych. Bo JA jest przecież najważniejsze, bez względu na koszty i ofiary.

PS. Tak, ten wpis również jest o rowerzystach. Zwłaszcza o tych, którym „jedno piwo” nie szkodzi w połowie drogi, więc nie czekają z nim do powrotu, „bomisię” przecież w upale pić chce. A że niektórzy już nie wracają? No cóż… przecież to kwestia statystyki.

Postęp.

W zasadzie wyraziłem już tę opinię na jednej z facebookowych grup kolarskich (którą – jak kilka innych – rychło opuściłem, bo coraz bardziej trącą atmosferą kibolstwa, a z tym nie chcę mieć za wiele do czynienia), ale ponieważ temat tu i ówdzie wraca, postanowiłem się z nim rozprawić również tutaj. A rzecz dotyczy postępu, czyli z grubsza tego, czego (i dlaczego) powinniśmy oczekiwać od sportowca, a czego od niego wymagać raczej nie należy.

Jednym z argumentów, najczęściej przywoływanych we wszelkich dyskusjach i przewidywaniach, związanych z występami sportowców w ważnych zawodach, są ich historyczne osiągnięcia w danej imprezie. No bo skoro taki przykładowy Rafał Majka był kiedyś szósty, a rok później piąty w Giro d’Italia, to z kalkulacji wychodzi, że teraz powinien być co najmniej czwarty, albo i wyżej, bo przecież minęło kilka lat, a on z każdym rokiem powinien być przecież coraz lepszy.

Problem w tym, że na ogół źle rozumiemy w tej sytuacji pojęcie rozwoju i oczekujemy, że będzie on miał charakter zbliżony do postępu geometrycznego. Sęk w tym, że to tak nie działa. Dlaczego zatem kombinujemy w tę stronę? Moja teoria jest taka, że próbujemy (świadomie lub nie) przenieść na grunt sportu obserwacje i doświadczenia z codziennego życia oraz to wszystko, czym codziennie karmi nas rzeczywistość.

Pewnie niewielu z nas zdaje sobie sprawę z istnienia tzw. Prawa Moore’a, wedle którego moc obliczeniowa układów tranzystorowych co dwa lata ulega podwojeniu. Wprawdzie Gordon Moore swoje obserwacje poczynił w połowie lat 60. ubiegłego stulecia, a do dzisiaj kilkukrotnie je aktualizowano, niemniej ogólna zasada jest mniej więcej właśnie taka: co dwa lata nasza rzeczywistość istotnie przyspiesza.

Z podobnym podejściem do kwestii rozwoju zetknął się prawdopodobnie każdy, kto chociaż przez chwilę pracował w jakiejś korporacji, będącej zakładnikiem własnego sukcesu. Nie znam przypadku, żeby jakaś firma zakładała brak rozwoju w określonym czasie, bo byłoby to w jawnej sprzeczności z oczekiwaniami rynku, który zasadniczo nie zna pojęcia nasycenia. To, czy te założenia i plany udaje się realizować, to zupełnie inna sprawa, ale nie kojarzę nikogo, kto wrócił do domu z pieśnią na ustach, bo od kolejnego kwartału firma planuje zarabiać mniej. Takie rzeczy się nie zdarzają, bo ciągły rozwój jest w biznesie jednym z warunków przetrwania.

Sprawy nie ułatwiają też współczesne media, działające niemal wedle olimpijskiej reguły „szybciej, wyżej, mocniej”, choć niestety w większości przypadków skutecznie udaje się realizować tylko pierwszy z tych postulatów, bo – nad czym ubolewam – poziom i wiarygodność współczesnych mediów spadają w tempie zastraszającym. Tak czy inaczej, przeciętny kibic dostaje dziś wnoszącą niewiele nowej wiedzy papkę, opartą zwykle o tanią sensację i nośny tytuł, niosący za sobą miałką treść, z której wnioski płyną takie, jak w przytoczonym na początku przykładzie: był szósty, był piąty, musi być czwarty, albo mamy do czynienia z porażką. Przy tym wszystkim oferta mediów jest dziś tak szeroka, że od widza lub czytelnika nie wymaga właściwie żadnego zaangażowania. Zwykle siada on sobie wygodnie w fotelu i z pilotem w dłoni rzuca przed siebie rozkaz: „a teraz mnie bawcie!”. A ponieważ widział już praktycznie wszystko, jego oczekiwania emocji rosną i są coraz trudniejsze do zaspokojenia.

Na to wszystko nakładają się jeszcze osobiste doświadczenia ludzi, którzy kiedykolwiek skosztowali amatorskiego sportu, z dumą i radością obserwując swoje postępy. Ja sam widzę, że mimo moich 44 lat na grzbiecie wciąż jeszcze jestem w stanie z miesiąca na miesiąc jeździć szybciej i stawiać sobie coraz bardziej ambitne cele.

Problem powstaje w chwili, w której próbujemy te wszystkie doświadczenia i obserwacje przenieść na grunt profesjonalnego sportu. Dlaczego? Otóż dlatego, że tam już miejsca na rozwój w gruncie rzeczy nie ma, bo topowi sportowcy zwykle już od lat poruszają się na granicy ludzkich możliwości. Nie bez powodu rekord Usaina Bolta na 100 metrów obchodził niedawno 10. urodziny, a na poprawę wyczynu Florence Gryffith-Joyner na tym samym dystansie panie czekają już lat ponad 30. Pewnie kiedyś znajdzie się ktoś, kto te magiczne granice przekroczy, ale na dziś szybciej biegać się po prostu nie da. Lekkoatletyka jest tu znakomitym przykładem, bo tutaj zasadniczo wszystko zależy wyłącznie od człowieka. W kolarstwie można jeszcze od biedy szukać rozwoju w innych elementach (sławetne marginal gains), ale i tutaj ów margines możliwości jest stosunkowo niewielki.

Zapominamy w tym wszystkim o rzeczy najważniejszej, czyli o tym, że w każdym przypadku mamy do czynienia z żywym człowiekiem, z wszystkimi jego słabościami, dolegliwościami, lepszymi i gorszymi dniami itp. Na to wszystko nakłada się jeszcze zwyczajne zmęczenie (na co najlepszym przykładem jest obecna forma Michała Kwiatkowskiego, doskonalącego swoje umiejętności z zaangażowaniem, którego czasem nie jest w stanie wytrzymać jego organizm), czasem niewyspanie, ból zęba, a innym razem po prostu zwykła chandra i brak wystarczającej motywacji.

Postęp w przypadku wyczynowego sportowca to nie jest kwestia aktualizacji oprogramowania, a bardzo często w ten właśnie sposób na tę sprawę patrzymy. Możemy oczekiwać wyników, ale musimy mieć też świadomość, że pojawią się one tylko wtedy, gdy w odpowiednim momencie zaistnieją wszystkie korzystne okoliczności: dobre przygotowanie, samopoczucie, pogoda, dieta, a niejednokrotnie również dobry humor, którego bynajmniej nie poprawia lektura internetowych komentarzy, sekujących sportowca za każde, nawet najmniejsze niepowodzenie.

Rozmawiałem niedawno z Piotrem Wadeckim, który opowiedział mi historię o tym, na co może liczyć ze strony swoich kibiców Greg Van Avermaet: na wsparcie. Na to, że bez względu na osiągane w danym momencie rezultaty, kibice wciąż wierzą w kolejne sukcesy, nawet jeśli muszą na nie jeszcze jakiś czas poczekać. My mamy w sobie coś takiego, co każe nam nieustająco narzekać. Ledwie doczekaliśmy kilku naprawdę solidnych kolarzy w czołówce światowego peletonu, a już się nam wydaje, że przez zasiedzenie powinni nam przywozić i składać u stóp zdobyte trofea, bo jako kibice inwestujemy w nich nasz czas, spędzany przed ekranem telewizora.

Więcej pokory i więcej wiary! Pierwsza dziesiątka w worldtourowym wyścigu to naprawdę fantastyczny wynik, biorąc pod uwagę, że na starcie staje 176 z najlepszych kolarzy na świecie. Zanim zaczniemy wymagać od naszych kolarzy, żeby nas nieustannie zadowalali bez konieczności podnoszenia przez nas siedzenia z kanapy, nauczymy się doceniać również to, że sama obecność w gronie najlepszych jest już sukcesem.

I warto pamiętać o tym, że dzisiejszy Rafał Majka to nie jest zaktualizowana wersja Rafała Majki z roku 2014. To jest ten sam facet, który szczyt swoich fizycznych możliwości osiągnął kilka lat temu, a dziś jest bogatszy jedynie o doświadczenia, zarówno te dobre, jak i te złe, które przecież również zostają w mięśniach i w głowie. Dziś to jest po prostu o kilka lat dojrzalszy człowiek, na którego w domu czekają żona i córka. I z całym szacunkiem dla kibiców i ich oczekiwań, ale ma on prawo również do tego, żeby pragnąć wrócić do domu w jednym kawałku. Wygrywanie nie jest najważniejsze, a sport jest tylko częścią życia.

Foto: Luis Angel Gomez / ©PHOTOGOMEZSPORT 2019

Siła fantazji, klęska kalkulacji.

Rozmawiałem kilka dni temu z Piotrem Wadeckim i nagle rozmowa zeszła nam na Remco Evenepoela. Czekam jeszcze na autoryzację, więc nie mogę odesłać do pełnego tekstu, ale padło tam takie zdanie, że tym, co wyróżnia młodego Belga spośród wszystkich innych kolarzy, jest brak maniery kalkulowania i oszczędzania sił na ostatni atak. Jeśli czuje, że ma siłę – daje z siebie wszystko.

I tak sobie patrzę teraz na zwycięzców ostatnich wyścigów i etapów: Bernal w Tour de France (22 lata), wspomniany wyżej Evenepoel (19 lat) w San Sebastian i we wczorajszej czasówce na ME, Jonas Vingegaard (22 lata) na etapie TDP w Kościelisku, za plecami którego przyjechali Pawel Sivakow (również 22 lata) i Ian Hindley (23). Dzisiejszy zwycięzca etapu, Matej Mohorič to też raczej młodziak (24 lata), który popisał się kapitalną ucieczką i niesamowitą siłą woli do końca.

OK – ktoś powie, że nikt go nie gonił, bo nie liczył się w generalce. Ale mimo wszystko z tyłu toczyła się jakaś walka, a on jechał, nie oddając ani sekundy z uzyskanej przewagi. Przecież nie potrzebował na mecie aż blisko minuty, mógł odpuścić i nie wycinać się tak mocno.

Patrzę sobie na to wszystko i budzi się we mnie jakaś nadzieja, że może ci młodzi kolarze wniosą do peletonu nie tylko świeżą krew, ale przede wszystkim nieco fantazji, ambicji i szaleństwa. Może nie zawsze się to będzie opłacało, no ale z drugiej strony: czy opłaca się to liczenie na ostatni, decydujący atak, który wcale nie musi nastąpić?

Śmiesznie brzmiały tłumaczenia Kruijswijka, niezadowolonego z neutralizacji 19. etapu Tour de France, bo przecież on miał w planach decydujący atak właśnie na tym ostatnim podjeździe, którego nie było. Dziwnie było patrzeć na Vincenzo Nibalego, który podczas Giro zlekceważył Richarda Carapaza (26 lat, więc też jeszcze nie weteran), bo przecież niemożliwe, żeby się taki wyścig rozstrzygał już na 14 etapie. A jednak! Pawel Sivakow też nie czekał na ostatni podjazd, tylko zaatakował na 6. etapie Tour de Pologne i to dzięki temu wygrał wyścig. Co ryzykował? Tylko ewentualną walkę z Vingegaardem i Hindleyem. Wobec reszty musiał już tylko pilnować, by mu nie odjechali.

Przed startem Tour de Pologne spędziłem długą chwilę na rozmowie z Krzysztofem Wyrzykowskim. Pewnie wszyscy znają zdanie Krzysztofa na temat słuchawek w World Tourze. W pewnym sensie się z tym zgadzam, ale gdzieś z tyłu głowy zawsze miałem kwestie bezpieczeństwa. Wydawało mi się, że gdyby peleton zrezygnował ze słuchawek, to musiałby jednocześnie nieco zwolnić. Nawet sprawdziłem przy jakiejś okazji, o ile wzrosła średnia prędkość na Tour de France od początku lat ’90, kiedy w peletonie zaczęły się pojawiać radia: ponad 3 kmh! Niewiele? Przy 90-godzinnym wyścigu to jest prawie 300 kilometrów, czyli dwa etapy różnicy! (Co oczywiście nie jest zasługą wyłącznie radia, ale to bez wątpienia jeden z wielu elementów tej zmiany).

Kiedy dzisiaj patrzę na tych młodych kolarzy, atakujących wtedy, gdy czują, że „mają pod nogą” i dzięki temu wygrywają wyścigi, albo gdy widzę, jak niektórzy w decydujących momentach wyrywają sobie słuchawki z ucha, zastanawiam się, czy to aby przypadkiem nie jest dobra metoda na ożywienie wyścigów? Na to, by skończyć z tymi kalkulacjami i zdalnym sterowaniem z wozu technicznego. Masz pod nogą? Jedź! Potrzebujesz pomocy? Dogadaj się! Chcesz zaryzykować? Ryzykuj!

Kolarstwo jest sportem, w którym strategia jest niezmiernie ważna. Ale strategia, pozbawiona odrobiny fantazji i ryzyka, strasznie ten sport wyjaławia. I trochę dziwię się Rafałowi Majce, że po doświadczeniach sprzed dwóch lat, gdy przegrał wyścig już w Szczyrku (choć nieco „pomógł” mu w tym Peter Sagan), próbował wygrać tegoroczny Tour de Pologne jednym atakiem, przeprowadzonym 40 kilometrów przed metą ostatniego etapu.

Rozumiem, że mógł nie mieć siły na więcej. Szanuję to, bo wiem, jak ciężka to jest robota. Ale jako kibic czuję się trochę zawiedziony. Nie brakiem zwycięstwa. Brakiem fantazji i determinacji, które prawdopodobnie wynikały z kolejnych kalkulacji: oszczędzania sił na Vueltę.

Oby się opłaciło, choć śmiem podejrzewać, że Vueltę również wygra kolarz, który w decydującym momencie wyrwie sobie słuchawkę z ucha i zda się na instynkt. Kimkolwiek będzie – jemu będę kibicował.

Foto: Szymon Gruchalski / Tour de Pologne

(Za)duma.

Są takie momenty, w których najwłaściwiej jest po prostu milczeć. Przeczekać, aż przetoczą się pełne patosu akty żalu, teorie, wymyślane na poczekaniu przez domorosłych specjalistów od wszystkiego, kipiące poczuciem wyższości „dobre rady”, czy wreszcie rozpaczliwie wołające o kliknięcie tytuły w serwisach, przechodzących siebie w kombinowaniu, jak tu podzielić włos na czworo i z maską troski na twarzy wycisnąć jeszcze kilka odsłon i reklamowych grosików.

Są takie momenty, w których zwyczajnie odechciewa się bycia częścią tego paskudnego świata. Wtedy najlepiej jest posiedzieć w ciszy. Bo i o czym tu mówić? Przegadać śmierć? Nonsens.

Nigdy nie widziałem w sporcie czegoś tak smutnego, a jednocześnie tak pięknego, jak wczorajszy etap Tour de Pologne z Jaworzna na Kocierz. I chociaż wiem, że to nie jest najwłaściwsze na tę okoliczność słowo, to nie znajduję niczego bardziej odpowiedniego: czułem po prostu dumę.

Ktoś kiedyś powiedział, że jak nie wiesz, jak powinieneś się zachować, zachowaj się po prostu przyzwoicie. Tak zachowali się wczoraj organizatorzy Tour de Pologne, zdejmując i zasłaniając wszystkie reklamy, neutralizując – w porozumieniu z zawodnikami – etap i nie przerywając wyścigu, ale pozwalając mu dojechać do mety, w kierunku której zmierzał również Bjorg Lambrecht. Tak zachowali się wczoraj kibice, którzy liczyli przecież na zabawę, festyn i widowisko, a zamiast tego, z przewiązanymi żałobnym kirem flagami i naprędce namalowanymi numerami Belga, stanęli wzdłuż drogi i w milczeniu odprowadzali wzrokiem smutny peleton.

Mignęło mi gdzieś w poniedziałkowy wieczór wypowiedziane przez Czesława Langa zdanie, że 76. edycja Tour de Pologne będzie się wszystkim kojarzyła już tylko z tym nieszczęśliwym wypadkiem. To nieprawda. Będzie się kojarzyła z młodym Belgiem, który stracił tu życie i z tysiącami Polaków, którzy stanęli przy trasie, by go pożegnać i oddać mu hołd. I z numerem 143, którego już nigdy nie zobaczymy na trasie tego wyścigu.

Jakiś czas temu napisałem, że moim zdaniem wyścigowi Tour de Pologne brakuje legendy. Nie mamy ikonicznych alpejskich szczytów, nie mamy flandryjskich bruków, nie mamy toskańskich „białych dróg”, a nade wszystko nie mamy tradycji, bo tę na długie lata „zagrabił” Tour de Pologne Wyścig Pokoju. Nasz wyścig musi budować swoją legendę od nowa, przez własnych bohaterów i własne historie. Również te tragiczne, jak śmierć Bjorga Lambrechta. Ale przede wszystkim te piękne, jak etap, którym go wyścig pożegnał.

Ale powinniśmy w sobie pielęgnować te obrazy nie tylko dla Tour de Pologne, ale przede wszystkim dla siebie. Bo w takich gestach, w takich chwilach i w takiej ciszy, zdajemy się być nieco lepszymi ludźmi, niż w tym nieustannym jazgocie, przez który rozpaczliwie (i nie zawsze mądrze) każdego dnia próbujemy się przebić.

Foto: Szymon Gruchalski / Tour de Pologne

Umarł Tour, niech żyje Tour!

Tour de France 2019 przeszedł wczoraj do historii, więc przez najbliższe kilka dni będziemy zapewne obrastać w rozmaite podsumowania. Ja sam mam za sobą już bardzo miłą – choć krótką – wizytę w Polskim Radiu 24, w zacnym towarzystwie Czesława Langa oraz tradycyjne podsumowanie dla Sport.pl. I na pewno nie jest to ostatnie słowo, bo jeszcze dziś biegnę do Eurosportu, prowadzić program „Best of TDF”, w czwartek zapewne spotkamy się w Weszło.FM na tradycyjnym dziennikarskim „sabacie”, a kto wie, co jeszcze wydarzy się po drodze…

Ta klęska urodzaju nie pojawiła się bez przyczyny, bo powiedzenie, że tegoroczny Tour de France był najciekawszym z Wielkich Tourów ostatnich lat, powoli staje się już truizmem. Bez wątpienia wielka w tym zasługa znakomicie zaprojektowanej trasy, która nawet na moment nie pozwalała się nudzić i niemal każdego dnia otwierała wyścig na nowe scenariusze. Swoje trzy grosze dorzuciła też pogoda, przez pierwszą połowę oferujące niemal perfekcyjne warunki do ścigania, ale na koniec serwująca jak nie upał, to nawałnice, konieczność neutralizowania etapu i skracania kolejnego. Ale nie zmienia to faktu, że ten wyścig pięknym i ciekawym zrobili przede wszystkim kolarze.

W niektórych komentarzach pojawia się stwierdzenie, że Team INEOS pojechał gorzej, niż się spodziewano. Nie do końca się z tym zgadzam, moim zdaniem zespół Brailsforda pojechał tak, jak zwykle (pomijając znacznie gorszą dyspozycję Michała Kwiatkowskiego i Gianniego Moscona, zwłaszcza w drugiej połowie wyścigu). Ale wydaje mi się, że na obraz wyścigu wpłynęło przede wszystkim to, że inne ekipy przygotowały się do tego Touru znacznie lepiej, wyciągając wnioski z wcześniejszych edycji.

W tym kontekście szczególnie mocno wybija się Team Jumbo-Visma, który – poza INEOS – jest chyba największym wygranym tegorocznego Touru. Cztery wygrane etapy i trzecie miejsce Kruijswijka robią wrażenie, a kto wie, jak by się to skończyło, gdyby Wout Van Aert nie rozbił się na czasówce (martwi to, że jego kontuzja okazuje się znacznie poważniejsza, niż się na początku wydawało) i gdyby 19. etap dojechał do mety zgodnie z planem? Ale nawet bez tego gdybania można sobie powiedzieć jasno, że holenderski zespół ma z każdym wyścigiem coraz mocniejsze papiery do walki w Wielkich Tourach o najwyższe cele.

Mitchelton-Scott, chociaż postawił na złego konia (Adam Yates był na tym wyścigu kompletnie bez formy), również pokazał, że słaba postawa lidera to nie powód do składania broni i zgranął cztery etapowe skalpy. W pewnym sensie zupełnie inaczej, niż Astana, która startowała w bardzo silnym składzie, ale po fatalnym upadku Fuglsanga już na pierwszym etapie, zupełnie się rozsypała i nie pozbierała do samego końca. I tak dalej, i tak dalej…

Bardzo jestem ciekaw jakie wnioski z tegorocznej Wielkiej Pętli wyciągnie Patrick Lefevere? Czy nadal będzie się dogmatycznie trzymał linii, że liczą się tylko klasyki i zwycięstwa etapowe? Przedłużenie kontraktu z Julianem Alaphilippe okazało się doskonałą inwestycją, ale czy fakt, że przez moment wielu ludzi skłonnych było wierzyć, że może on nawet wygrać Tour de France, nie poruszył tej struny również w głowie Lefevere? Zobaczymy pewnie za jakiś czas…

Do budowy dramaturgii tego Touru dorzucili się również kolarze CCC Team, z nieustępliwym Gregiem Van Avermaetem na czele. Wprawdzie sukces jest wciąż przed nimi, ale na jazdę GVA, Michaela Schära, Simona Geschke, Joya Roskopfa, Serge’a Pauwelsa i Łukasza Wiśniowskiego patrzyło się często z dużą przyjemnością. Szkoda, że tak wcześnie stracili Patricka Bevina i że do wycofania się po koszmarnej kraksie został zmuszony kapitalnie jeżdżący Alessandro De Marchi. Jeśli krążące po rynku plotki transferowe się potwierdzą, można się spodziewać, że na kolejnym TDF polska ekipa będzie miała szansę zagrać znacznie mocniejszymi kartami.

Ale jest jeszcze jeden element, który w tym roku zwrócił moją szczególną uwagę: kibice. Może to wynik tego, że w wyścigu nie jechał nieszczególnie lubiany Chris Froome, a może również tego, że tak fantastycznie jechali Francuzi, z Julianem Alaphilippem na czele, może po części fantastycznej pogody, ale odniosłem wrażenie, że atmosfera wzdłuż trasy od początku do końca przypominała niekończące się święto. Szczególnie ujęło mnie to, że nawet po wycofaniu się Thibauta Pinot, wciąż mnóstwo ludzi na drodze do Paryża machało transparentami z jego nazwiskiem.

Nikt nie przekonał się lepiej o tym, jak cenne jest to wsparcie kibiców na dobre i na złe, niż Egan Bernal. Ponad trzy dekady trwał marsz Kolumbijczyków po zwycięstwo w Tour de France. Wielu było blisko, ale dopiero Bernalowi się udało, niemniej przez te wszystkie lata i wszystkie wyścigi kibice z Kolumbii zawsze byli obecni na trasie, zawsze tworzyli fantastyczny klimat i ani na moment nie zwątpili w to, że pewnego dnia doczekają się swojego hymnu na Polach Elizejskich.

Chciałbym poczuć chociaż część tej wiary i część tego entuzjazmu nad Wisłą. Wierzę, że kiedyś też się doczekam.

Foto: A.S.O. / Pauline Ballet

A gdybym był Brailsfordem…

Bardzo lubię po etapach Tour de France przeglądać sobie Twittera i czytać pojawiające się tam opinie na temat tego, co się wydarzyło. Jednym z dominujących w tej przestrzeni tematem jest wewnętrzna rywalizacja w Team INEOS między Eganem Bernalem a Geraintem Thomasem. Moim zdaniem rzekoma, ale do tego za moment dojdziemy.

Takie etapy, jak dzisiejszy, tylko tę dyskusję nakręcają, a ponieważ każdy może w tej przestrzeni snuć własne wizje, to pozwolę sobie na swoją. A rzeczona wizja (która już jutro może się okazać funta kłaków warta) nosi tytuł: „nie sądzę…”.

Zacznijmy od didaskaliów: od początku maja Team INEOS ma nowego sponsora, a Sir Dave Brailsford, przedstawiając go światu deklarował wszem i wobec, że poza napisem na koszulkach w filozofii zespołu nic się nie zmieni, a najważniejszym celem w sezonie jest wygrana w Tour de France. Nie mieliśmy powodu nie wierzyć mu wtedy i nie mamy zbyt wiele powodów, żeby powątpiewać w to teraz. Wprawdzie po drodze sytuacja trochę się pokomplikowała, bo kontuzje wyeliminowały z walki kolarzy, którzy mieli grać pierwsze skrzypce podczas Giro (Bernal) i Touru (Froome), ale nie bez powodu w ekipie jest prawie 30 chłopa. Jest zatem w czym wybierać.

O ile kontuzja Bernala przydarzyła się niemal w ostatniej chwili i na Giro wystawiono skład, który śmiało można nazwać eksperymentalnym (choć byli i tacy, którzy interpretowali go wprost jako demonstrację stosunku do włoskiego wyścigu i wzmocnienie deklaracji, że Wielka Pętla jest celem numer 1), o tyle w przypadku Tour de France wypadek Froome’a w pewnym sensie rozwiązał Brailsfordowi problem klęski urodzaju, jeśli idzie o liderów na TDF. Od dawna było wiadomo, że będzie nim Geraint Thomas. I choć do końca nie było wiadomo, w jakiej „G” jest dyspozycji, bo jeździł niewiele, a po drodze zdarzyło mu się wywracać (co w jego przypadku nie jest niczym szczególnie zaskakującym), to jestem więcej niż pewien, że planująca każde posunięcie z aptekarską dokładnością ekipa INEOS nie certyfikowała by go na lidera, gdyby nie miała pewności, że sobie poradzi.

W odwodzie cały czas był Egan Bernal, ale od samego początku było jasne, że powierzenie mu roli lidera po raz pierwszy w karierze na najważniejszym wyścigu w kalendarzu, to zagranie bardziej pod publiczność, która lubuje się w tego typu wewnętrznych „porachunkach”. I jak widać od początku Touru: sporo ryb złapało tę przynętę i wije się na haczykach.

Niemal od samego początku tego wyścigu, aż do czasówki w Pau (etap 13.) tych dwóch kolarzy dzieliło kilka sekund. Najpierw prowadził Bernal, a na La Planche des Belles Filles wyprzedził go Thomas. Różnica była w gruncie rzeczy dokładnie taka sama: 5 sekund w jedną, 4 sekundy w drugą. Plan (bo w moim przekonaniu jest to element planu) posypał się dopiero na czasówce, która Bernalowi poszła umiarkowanie i stracił do Thomasa około półtorej minuty. Odkąd wyścig wjechał w góry, Bernal te stracone minuty odrabia, ale nie rzuca się w jakieś szalone ataki, tylko skubie sobie po kawałku: trochę pod Tourmalet, trochę pod d’Albis i trochę pod Galibier.

Z pozoru wygląda to jak wewnętrzna rywalizacja, ale moim zdaniem jest to element zmyślnego planu i nie byłbym szczególnie zdziwiony, gdyby się okazało, że „słabość” Thomasa była również precyzyjnie wykalkulowana. Nie zgadzam się z twierdzeniem, że w INEOS coś się posypało, jak to się zdarza w Movistarze. W INEOS – jak pamiętamy – zmienił się tylko napis na koszulkach. I gdybym był Dave’m Brailsfordem albo Nicolasem Portalem, robiłbym właśnie wszystko, żeby tuż przed decydującymi momentami tego wyścigu mieć dokładnie taką sytuację, jaką ma teraz: dwóch kolarzy, których dzieli ledwie kilka sekund.

Dlaczego? Bo gdybym był Kruijswijkiem, Pinotem, albo Alaphilippem, miałbym teraz nielichą zagadkę do rozwiązania: „Mam w czołówce dwóch kolarzy z jednej ekipy, których dzieli kilka sekund w GC. Każdy z nich może w dowolnym momencie stanąć w korbach i odjechać. Na atak którego z nich powinienem odpowiedzieć?”

____________________________

Foto: A.S.O. / Alex Broadway

Kibice sukcesu.

Eurovision Sport i A.S.O. podały wczoraj wyniki oglądalności wybranych etapów tegorocznej edycji Tour de France. Duńczycy pozamiatali: kanał, w którym transmitowano etap na Tourmalet, osiągnął 66,6% udział w rynku (czyli w pewnym uproszczeniu: dwóch na trzech Duńczyków kibicowało w sobotę Fuglsangowi i spółce). Podobnie było w Belgii (59,4%) i Holandii (56%). A u nas? Hmm…

Ktoś przytomnie zauważył, że skoki narciarskie uprawia w Polsce może 300 osób, a oglądają miliony. Z kolarstwem jest dokładnie na odwrót. I nawet, jeśli jest w tym stwierdzeniu sporo przesady, to mimo wszystko trend jest właśnie mniej więcej taki.

Rozumiem oczywiście, że sukcesy budują zainteresowanie, choć to również nie jest reguła. Sukcesy Roberta Korzeniowskiego nie spowodowały, że ludzie zaczęli masowo uprawiać chód sportowy. Olimpijskie złota Renaty Mauer czy Pawła Nastuli nie zagnały milionów ludzi na strzelnice czy tatami. Mnóstwo dyscyplin, w których Polacy zdobywają medale, to sporty absolutnie niszowe, w których przeżycie bywa większym sukcesem, niż zdobycie złotego krążka. Czyli to jednak nie zawsze tak działa. OK, do popularności skoków z całą pewnością przyczyniła się organizacja zawodów w Zakopanem i Wiśle, ale przecież kolarzy z World Touru również możemy oglądać na naszych drogach. Gdzie więc tkwi źródło problemu?

Wnioskując z ostatnich dyskusji i komentarzy największym zmartwieniem polskiego kibica jest to, że Polacy w Wielkich Tourach nie osiągają znaczących sukcesów, więc nie ma się czym emocjonować. „Nie ma komu kibicować” – czytam niemal na każdym kroku, choć to akurat pierwszy Tour de France od ładnych paru lat, w którym występuje tylko dwóch Polaków (co zresztą nie jest wynikiem jakiejś wyjątkowo słabej formy pozostałych, ale decyzji odnośnie wyboru imprez, podjętych już dawno temu, bo nie sposób przecież startować we wszystkich wyścigach z puchnącego z roku na rok kalendarza UCI). Można odnieść wrażenie, że 4 etapowe zwycięstwa Majki i Bodnara na Wielkiej Pętli, zwycięstwa Tomka Marczyńskiego i podium Rafała w Vuelcie, mistrzostwo świata Kwiatkowskiego – a to wszystko w ostatnich 5 latach – rozochociły nas tak bardzo, że teraz miejsce w czołówce należy nam się przez zasiedzenie i jak nie jadą biało-czerwoni, to dyscyplina kuleje i nie jest warta oglądania.

Mnie ten argument smuci i bawi zarazem. I wydaje mi się mocno naciągany. Zanim wybuchła „małyszomania” przed długie lata w polskich skokach działo się raczej niewiele. Urodziłem się kilka lat po sukcesie Wojciecha Fortuny, więc nie mogę pamiętać tamtej euforii. A mimo to przez całe lata 80. żywo interesowałem się skokami, kibicując Nykaenenowi, Weissflogowi i innym. Pamiętam występy Piotra Fijasa, a po nich długo, długo nic, aż do czasu, gdy skakać zaczął Małysz.

W kolarstwie dla odmiany sukcesów mieliśmy zawsze dużo więcej, a możliwość jego oglądania ograniczoną niemal wyłącznie do relacji z Wyścigu Pokoju. Później jego legenda przygasła, a dla kolarstwa szosowego w Polsce nadszedł długi okres posuchy, z rzadka pokrapianej radością z sukcesów Halupczoka czy Jaskuły. Od kilku lat na brak sukcesów narzekać nie możemy, ale oczekiwania widzów najwyraźniej rosną jeszcze szybciej, a jak już się kibicom znudzi wyzywanie naszych kolarzy od „wyrobników” i planowanie na nowo ich karier, to dostaje się też Eurosportowi, że relacje są za długie i nudne (jakby istniał jakiś nakaz oglądania ich od początku do końca).

Martwi mnie to o tyle, że dotychczas postrzegałem kibiców kolarstwa jako ludzi ciekawych świata, szanujących i bezinteresownie nagradzających wysiłek sportowców. Dziś zmienia się to w niepokojącym kierunku: również w tej dyscyplinie kibicowanie zaczyna być podszyte zaściankowością i ksenofobią: jak inni pracują dla naszego kolarza – wszystko jest w porządku, ale jak nasz pracuje dla innych – to wyrobnik, który dał się kupić za zachodnie srebrniki. Zgrabnie to podsumował Sebastian Parfjanowicz, odpowiadając na Twitterze jednemu z uczestników dyskusji o Michale Kwiatkowskim: „Pan nie jest kibicem Michała, tylko kibicem sukcesów Michała”. I w tym kierunku niestety coraz częściej to zmierza: coraz częściej jesteśmy wyłącznie kibicami sukcesu.

Zastanawia mnie w tym kontekście jeszcze jedno: skąd w takim razie u nas tylu kibiców Barcelony? Przecież z Messim i spółką nie gra żaden Polak!? A może chodzi o to, że mecze Barcelony warto oglądać dla samego widowiska? Ale dlaczego w takim razie Tour de France już nie? Tutaj się liczy wyłącznie tabela wyników?

Zazdroszczę Duńczykom, Belgom, Holendrom tego zainteresowania i życzliwości, z jakimi spotyka się kolarstwo w ich krajach (choć niestety wszędzie zdarzają się i tacy, którzy malują penisy na szosie). Polskich wyników oglądalności jeszcze nie znam, ale jak patrzę na to, co się dzieje, to nie wiem, czy nie wolałbym, żeby zostały na raczej niskim poziomie. Bo jeśli miałoby to iść w tę stronę, którą właśnie obserwuję, to nie wiem, czy jestem na to gotowy. Bo do zwykłego kibolstwa droga stąd nieszczególnie daleka.

Foto: A.S.O. / Alex Broadway