Eureka! To działa!

Muszę się przyznać do kilku rzeczy.
Po pierwsze do tego, że wciąż za mało wiem o MTB. Trochę się orientuję w bieżących wydarzeniach, kibicuję Biało-Czerwonym przy okazji ważniejszych imprez, kojarzę kilka kluczowych nazwisk, ale niewiele ponadto. Kiedyś próbował mnie tą pasją zarazić mój serdeczny przyjaciel, z którym jako dzieciaki biegaliśmy po jednym lesie (nie mieliśmy wspólnego podwórka), ale sukces w tym zakresie odniósł umiarkowany. On później wielokrotnie stawał na podium mistrzostw Polski, ja w najlepszym wypadku na kilku imprezach zrobiłem parę zdjęć. Jest to zatem jakiś obszar do nadrobienia, choć sam rower górski jest mi raczej obojętnym.

Po drugie: przyznaję, że gdy po raz pierwszy usłyszałem nazwę Volkswagen Samochody Dostawcze MTB Team (wtedy w nazwie było jeszcze słowo „Użytkowe”), trochę nie wiedziałem co o tym myśleć. Długa, mało „seksi”, może i charakterystyczna, ale niezapadająca w pamięć. Miałem sporo wątpliwości, ale ponieważ moje zaangażowanie w tę odmianę kolarstwa było nieprzesadnie głębokie (patrz wyżej), postanowiłem po prostu przyglądać się rozwojowi wypadków. Dopiero po jakimś czasie skumałem, że VW Samochody Dostawcze odpowiada również za marketing i sprzedaż modelu, którego jestem skrytym psychofanem, czyli Californii. Moje uczucia wobec ekipy natychmiast stały się nieco cieplejsze.

Kiedy więc dostałem zaproszenie na wczorajsze śniadanie prasowe zespołu, niemal natychmiast potwierdziłem obecność. Wprawdzie nieszczególnie mnie interesowały niuanse sprzętowe i plan startowy na najbliższą wiosnę, ale bardzo mnie ciekawiło jak to wszystko działa i co sprawia, że ten interes się kręci. No i w końcu miałem okazję osobiście poznać Bogdana Czarnotę, z którym pewnie setki razy mijaliśmy się na ulicy rodzinnego (niewielkiego) miasta, ale jakoś nigdy nasze ścieżki nie przecięły się na tyle blisko, żeby mieć szansę się wzajemnie przedstawić.

Kilka rzeczy mnie zaskoczyło.

Po pierwsze: nie wiem jakim budżetem dysponuje grupa, ale nie sądzę, by była to ośmiocyfrowa kwota. Tymczasem wszystko wydaje się tam być poukładane: zawodnicy mają na czym jeździć, mają się w co ubrać, mają co zjeść i mają jasno wytyczone cele, które konsekwentnie realizują. Jeśli potrzeba – mają fizjoterapeutę, w razie czego jest w zanadrzu psycholog i trener mentalny, nie wspominając o takich „drobiazgach” jak personalizacja sprzętu. Trochę dziwnie się czuję, lokując te wszystkie rzeczy w kategorii „zaskoczenie”, ale zwykle gdy zdarza mi się rozmawiać z ludźmi z „branży” MTB, na ogół słyszę niemal wyłącznie narzekania, że „na nic nie ma”.

Po drugie: to, co najbardziej rzuciło mi się w oczy, to pomysł. Nie wiem, czy tak było od początku, ale dziś zrobiło to na mnie wrażenie: są w drużynie „starzy wyjadacze”, którzy dzielą się z resztą swoim doświadczeniem, są „killerzy”, których zadaniem jest przede wszystkim wygrywanie, są ci, którzy się doskonalą i są też tacy, jak dołączający właśnie do zespołu zaledwie 16-letni Kamil Klimek, którzy przez zespół i trenera będą teraz szlifowani jak diamenty. Są do tego wszystkiego ambitne cele, jest szczegółowo rozpisany plan startowy i nawet mnie – niemal kompletnemu laikowi w tej dziedzinie – wydaje się to wszystko mieć ręce, nogi i – przede wszystkim – głowę.

Ale to, co w tym wszystkim wydaje mi się najważniejsze, to fakt, że to wszystko – eureka! – działa. Nie dość, że cele są realizowane na polu sportowym, to klei się to wszystko również na poziomie biznesu. O profesjonalizacji polskiego zespołu na takim poziomie, że organizuje on rzeczowe i interesujące spotkanie z dziennikarzami, podczas którego prezentuje wyniki, cele, plany i pomysły na ich realizację, poza paroma wyjątkami raczej na co dzień nie słyszymy. Zwłaszcza w dyscyplinie, będącej obecnie dość daleko od mainstreamu.

A ponieważ mam małe zboczenie zawodowe na punkcie właśnie profesjonalizacji w zarządzaniu sportem i efektywności działań sponsoringowych, skorzystałem z okazji by podpytać sympatyczną Panią Magdę z działu PR Volskwagen Samochody Dostawcze o to, czy również im się ta współpraca opłaca. W sumie nie spodziewałem się przeczącej odpowiedzi, zwłaszcza po prezentacji wyników za 2019 i planów na bieżący rok, ale wolałem się upewnić. Interesowało mnie zwłaszcza to, czy jako sponsor mierzą w jakiś sposób efektywność tego zaangażowania. I tu również bez zaskoczenia: mierzą i wychodzi im, że to dobra droga.

Wnioski są więc takie: mamy markę, która mimo że w portfolio ma w zasadzie jeden seksowny produkt (California) i obiektywnie niezbyt pobudzającą wyobraźnię nazwę, potrafi wokół siebie zbudować zupełnie nieoczywiste, ale bardzo konkretne zainteresowanie, przekładające się wprost na wynik sprzedażowy. Mamy grupę utalentowanych i mocno zaangażowanych ludzi, mamy zdeterminowanych i profesjonalnych menedżerów (Maciej Zabłocki i Bogdan Czarnota).

Mogę się mylić, ale na moje wyczucie sukces to suma tych wszystkich czynników, a nie warunek do tego, żeby w ogóle zacząć coś robić.

I tę ostatnią myśl szczególnie dedykuję większości zarządzających polskim kolarstwem, na każdym odcinku i w każdej jego odmianie.

Foto: VW Samochody Dostawcze MTB Team

Dziwny świat…

Życzyłbym sobie i wszystkim kibicom kolarstwa w Polsce, żebyśmy w Nowym Roku potrafili się cieszyć nawet małymi sukcesami. W tym pełnym paradoksów i mało logicznym świecie brakuje nam czasem zwykłej, szczerej radości z dokonań, które może nie zawsze są na miarę naszych ambicji, ale niejednokrotnie i tak znacząco przewyższają nasze możliwości.

Chyba się trochę posypały akapity w tekście, który wysłałem do naszosie.pl, więc pozwalam sobie ostatni felieton z 2019 roku wrzucić także tutaj.

Do Siego Roku!


To był… dziwny rok. Gdyby ktoś chciał kiedyś znaleźć dowód na pokrętną logikę naszych czasów, to rok 2019 nadawałby się do tej roli idealnie.

Pod względem intensywności sportowych wrażeń chyba nie mamy powodów do narzekania. Dostaliśmy całkiem sporo emocjonujących imprez, z wieloma nieoczywistymi rozstrzygnięciami. Bo czy ktoś się spodziewał chociażby zwycięstwa Alberto Bettiola we Flandrii?  Richarda Carapaza w Giro? Madsa Pedersena w mistrzostwach świata? Czy ktoś był gotów zakładać się przed Tour de France, że Julian Alaphilippe przejedzie 2/3 Wielkiej Pętli w żółtej koszulce? Ktoś obstawiał ponad 100-kilometrową samotną ucieczkę Annemiek Van Vleuten po tęczę? A przecież takich sytuacji mieliśmy w tym roku znacznie więcej.

Z drugiej strony: w tym samym roku, który właściwie bez ograniczeń sycił kolarskich kibiców emocjami, w oczy coraz większej liczby zespołów zaczęło zaglądać widmo braku sponsorów. Dla kilku drużyn rok 2019 był ostatnim rokiem ich funkcjonowania. Z kalendarza zniknie też kilka wyścigów. Co poszło nie tak? Czy to aby na pewno wyłącznie błędy w zarządzaniu?

Również na naszym podwórku był to rok przedziwnych paradoksów. Dwa szóste miejsca Rafała Majki w dwóch wielkich tourach – drugi taki przypadek w naszej historii, pierwszy od 26 lat – duża część polskich kibiców uznała za… porażkę. Trudno to nawet zgrabnie spuentować…

W mateczniku kolarskiej federacji, która „związek” ze sportem ma już chyba wyłącznie w nazwie, zorganizowano – formalnie bez jej udziału – jedną z najważniejszych imprez sportowych, jakie w tym roku odbyły się w naszym kraju. Torowe mistrzostwa świata zrealizowano z sukcesem nie tylko pod względem organizacyjnym i sportowym, ale również finansowym, co tylko pokazuje, że jeśli zaangażuje się do pracy odpowiednich ludzi, to niemożliwe staje się całkiem realne. Nawet w miejscu, które nieudolność ma wpisaną w DNA.

Ale już wniosków nikt z tego nie wyciągnął (do czego w sumie zdążyliśmy już przywyknąć) i kilka miesięcy po całkiem udanej imprezie wybrano nowy zarząd, na którego liście sukcesów trudno szukać – poza samym wyborem – jakiejkolwiek innej pozycji. Chyba że za sukces uznamy pojawienie się w Pruszkowie nowej nieruchomości: gustownie przyozdobionej biało-czerwoną taśmą metalowej barierki, która wytrwale pilnuje miejsca parkingowego jednego z wiceprezesów. Od czegoś przecież trzeba zacząć budowanie kolarskiej potęgi.

Tymczasem w tych wyjątkowo niesprzyjających okolicznościach trenuje nasza torowa kadra, która co prawda nie zawsze ma się w co ubrać, ale której przynajmniej nie brakuje ochoty do walki. Dowodem na to tegoroczne sukcesy Mateusza Rudyka, który najpierw sięgnął po brąz w mistrzostwach świata, później powtórzył ten wynik w mistrzostwach Europy, a na najbliższy czempionat, który na przełomie lutego i marca rozegrany zostanie w Berlinie, pojedzie jako zdobywca Pucharu Świata w sprincie.

W Berlinie, a później podczas igrzysk w Tokio, będzie walczył między innymi z Holendrami, Brytyjczykami i kolarzami z Antypodów, którzy swój czas dzielą między treningi a wizyty w tunelach aerodynamicznych, gdzie toczą wytrwałe boje o każdy gram i milimetr, który może ich zbliżyć do rekordowego wyniku. Polska kadra toczy w tym czasie bój z zarządem związku, by ten przynajmniej nie przeszkadzał i nie traktował torowców jak grupy bachorów, której wymaganiom trzeba czynić zadość, wysyłając na dalekie imprezy i inwestując w stroje.

Po tym dziwnym roku 2019 nastanie prawdopodobnie nie mniej szalony 2020. W roku olimpijskim wiele rzeczy zostanie postawionych na głowie i pewnie znowu będziemy świadkami wielu nietypowych rozstrzygnięć. Oczekiwania mamy spore, a możliwości… no cóż, nie zawsze oczywiste.

Na wyjątkowo trudnej trasie wyścigu szosowego w Tokio wystawimy przeciwko wielu silnym składom liczebnie mizerne reprezentacje, ale – jak to mamy w zwyczaju – do końca będziemy wierzyć w spryt i wytrwałość Kwiatkowskiego, Majki czy Kasi Niewiadomej. I – mam wielką nadzieję – znowu damy się ponieść emocjom, bo w tym dziwnym świecie najlepiej smakują sukcesy, zdobywane nie dzięki, ale na przekór rozmaitym okolicznościom.

Życzyłbym sobie i wszystkim kibicom kolarstwa w Polsce, żebyśmy w Nowym Roku potrafili się cieszyć nawet małymi sukcesami. W tym pełnym paradoksów i mało logicznym świecie brakuje nam czasem zwykłej, szczerej radości z dokonań, które może nie zawsze są na miarę naszych ambicji, ale niejednokrotnie i tak znacząco przewyższają nasze możliwości.

Nauczmy się tym bawić i cieszmy się każdą okazją do kibicowania „naszym”. Niczym Kolumbijczycy, którzy czekali na „swój” sukces ponad trzy dekady, a dostali go – jak by nie patrzeć – w dużej mierze jako dzieło przypadku. Bo przecież jeszcze pod koniec kwietnia tego dziwnego 2019 roku Egan Bernal miał zupełnie inne plany…

Foto: Szymon Sikora

Kiedy opadają ręce, a powinny polecieć głowy

Zrozumiałbym (nie bez trudu, ale jednak), gdyby naszych najlepszych zawodników krytykowali zupełni ignoranci. Dopuszczam też myśl (również z trudem), że związkami sportowymi mogą zarządzać ludzie bez wyobraźni. Ale kiedy myślisz, że już nie ma rzeczy, które w tym obszarze mogą cię jeszcze zaskoczyć, wtedy wkracza on: zarząd PZKol. Cały na buraczano.

Przymierzałem się właśnie do zaległego felietonu dla „Na Szosie”. Miał być pewną klamrą, spinającą rok kolejnych „reform” UCI, od których zaczynałem swoją pisaninę. Reform raczej średnio udanych, biorąc pod uwagę choćby rozpaczliwy list Davida Lappartienta, wysłany niedawno do szefów drużyn i opór, za sprawą którego odroczono właśnie wdrożenie w przyszłym roku „UCI Classic Series”. I kiedy ze złośliwym uśmieszkiem na twarzy układałem sobie w głowie zdania i siadałem przed klawiaturą, przeczytałem poniższy tweet Mateusza Rudyka:

Przyznam, że krew się we mnie zagotowała.

Nie ma słów, którymi można usprawiedliwić takie zachowanie ludzi, których zadaniem – jak by nie patrzeć – jest w pierwszym rzędzie wsparcie dla zawodników. Zwłaszcza tych, którzy regularnie odnoszą kolejne sukcesy. Już nawet nie wspominam o czymś tak banalnym, jak tworzenie dla nich odpowiednich warunków do rozwoju, bo z tym zadaniem PZKol nie radzi sobie już od dłuższego czasu. Ale władze związku, deprecjonujące zaangażowanie i osiągnięcia swojego najlepszego zawodnika? To się po prostu nie mieści w głowie.

Chyba nie ma dzisiaj kolarza, który miałby mocniejszy mandat do oczekiwania wsparcia od PZKol, niż Mateusz Rudyk. Brązowy medalista mistrzostw świata, trzeci sprinter na mistrzostwach Europy, w międzyczasie jeszcze kilka mniejszych lub większych osiągnięć, z indywidualnym złotem w Pucharze Świata, z dwoma srebrami i rekordem Polski w drużynie włącznie, jeśli spojrzeć tylko na to, co udało się chłopakom wywalczyć tylko w ciągu ostatniego tygodnia. Bynajmniej nie dzięki pracy i zaangażowaniu wiceprezesów związku, ale w dużej mierze wbrew kłodom, mniej lub bardziej świadomie rzucanych przez nich kolarzom pod nogi.

Miałem okazję poznać obu wiceprezesów. Jednego z nich w okolicznościach co najmniej dziwnych, bo akurat w chwili, gdy groził jednemu z kolarzy postępowaniem dyscyplinarnym. Rzecz miała miejsce kilka chwil przed sławetną konferencją prasową, na której przedstawiano „odpowiedź” związku na sformułowane przez ministra Bańkę zarzuty oraz plan naprawy sytuacji PZKol dzięki rewolucyjnemu pomysłowi sprzedaży toru w Pruszkowie na wolnym rynku. Kolarz ów naraził się władzy zwierzchniej tym, że w niezbyt parlamentarnych słowach ocenił stan umysłu zarządu.

Może i nie było to przesadnie eleganckie, choć dziś dość wyraźnie widać, że nie było również za bardzo dalekie od prawdy. Nie mam też dziś pewności jakie są losy ówczesnej groźby, ale z informacji, które do mnie od czasu do czasu z różnych źródeł docierają wnioskuję, że wiceprezes jest dość zdeterminowany, by udowodnić przed komisją dyscyplinarną swoją dobrą pamięć, wszak od tamtego wydarzenia minęły już ponad dwa miesiące. (A skoro jesteśmy przy upływającym czasie, to aż mnie korci zapytać: jak idzie sprzedaż toru?).

Podobno dowodów na dobrą pamięć wiceprezesa jest więcej, wypada więc poczekać na rozwój wypadków. Ja osobiście chętnie poczekam na to, co się wydarzy w Tokio, choć intuicja podpowiada mi znany skądinąd scenariusz: poklepywanie po plecach i gratulowanie sobie „wspólnych” osiągnięć. Bo – w odróżnieniu od tego, co mówią prezesi – ja raczej jestem dość mocno przekonany, że okazji do gratulacji trochę będziemy mieli.

Gdyby panowie wiceprezesi mieli choć odrobinę honoru i namiastkę jaj, to w kilkanaście minut po tweecie Rudyka na biurku prezesa leżałyby ich dymisje. Nie dlatego, że w jakiś szczególny sposób ucierpiała reputacja współzarządzanego przez nich związku, bo tu już bardziej upaść nie sposób. Dlatego, że demotywując najbardziej obecnie utytułowanego zawodnika, który jako jeden z nielicznych ma dość realne szanse na olimpijski medal, działają na szkodę nas wszystkich.

Tego się nie da usprawiedliwić prywatną rozmową. W ogóle nie sposób usprawiedliwić sytuacji, w której ludzie mający odpowiadać za funkcjonowanie dyscypliny i stwarzanie sportowcom warunków do osiągania możliwie najlepszych wyników, sami w taką możliwość nie wierzą. Dla takich ludzi nie powinno być miejsca w sporcie.

Smaczku całej sprawie dodaje fakt, że w kuluarach obaj panowie chwalą się swoim własnym osiągnięciem: doprowadzeniem do tego, by prezes zarządu odzywał się jak najmniej, bo wszyscy są świadomi, że w każdej chwili może chlapnąć coś, co sprowadzi na PZKol kolejną katastrofę. Teraz wychodzi na to, że przyganiał kocioł garnkowi.

Zdaję sobie sprawę, że krytyka PZKol jest tania. Ale coraz wyższa jest cena, jaką sportowcom przychodzi płacić za indolencję tych, którzy powinni w pierwszym rzędzie dbać o ich komfort i rozwój. I choć coraz trudniej o tym pisać i czytać, wydaje mi się, że nie sposób też milczeć.

Post scriptum. Odbyłem właśnie bardzo długą rozmowę z Sebastianem Rubinem, po której (oraz w wyniku lektury rozmowy Kamila Wolnickiego z Mateuszem) przyznaję się do pewnego nadużycia liczby mnogiej w powyższym felietonie. Ale ponieważ zgodziliśmy się co do tego, że za pewne działania i niefortunne sformułowania zarząd odpowiada kolegialnie, pozostawiam powyższe – z niniejszym zastrzeżeniem – w niezmienionej formie.

Foto: Szymon Gruchalski

Tour de France 2020. Znamy zwycięzcę!

Thibaut Pinot wygrał 107. edycję Wielkiej Pętli! A nie, czekaj… Przecież dopiero ogłoszono jej trasę! Najwyraźniej nie przeszkadza to jednak dziesiątkom komentatorów porozdzielać tytuły blisko 9 miesięcy przed finałem imprezy. Lubię to! Tym bardziej, że już dawno chciałem sprawdzić, jak w rzeczywistości działa taki clickbajtowy tytuł, a nie miałem na niego dobrego pomysłu. Manna z nieba! 😉

No dobra. Ponabijałem się trochę z kolegów, ale mam nadzieję, że mi wybaczą te drobne złośliwości, choć tak po prawdzie to zupełnie nie rozumiem czemu takie wróżenie z fusów ma dziś służyć. Jasne, pokusa trafnego wytypowania zwycięzcy Tour de France od zawsze była i jest pociągająca, ale już teza, że trasa została ułożona pod konkretnego kolarza, bo Francuzi wciąż czekają na zwycięstwo w swoim najważniejszym wyścigu, wydaje mi się mocno naciągana, jeśli nie wręcz szkodliwa dla dyscypliny. Tym bardziej, że całkiem spora grupa ludzi, która dzisiaj wieszczy długo wyczekiwaną francuską wiktorię, zupełnie niedawno twierdziła z nie mniejszym przekonaniem, że trasa Tour de France układana jest pod Team Sky i Christophera Froome’a. Czy to oznacza, że Francuzi zmienili zdanie, bo Chrisowi od dwóch lat nie poszło? Nie sądzę.

Christian Prudhomme przez kilka ostatnich lat musiał się mierzyć z potężną krytyką swojego wyścigu, ale bynajmniej nie z tego powodu, że nie wygrywali Francuzi, ale przede wszystkim dlatego, że Tour de France bywał do niedawna śmiertelnie nudny i bardzo przewidywalny. Team Sky (dziś Ineos) znalazł w tej nudzie sposób na wygrywanie, ale stało się tak głównie dlatego, że bardzo chciał go znaleźć, o co w sumie nietrudno, jeśli się ten jeden wyścig w roku traktuje jako cel nadrzędny i wszystko mu podporządkowuje. Gdyby wcześniej zaczęły to robić również inne drużyny (albo gdyby robiły to nieco umiejętniej – tu piję np. do Movistaru), hegemonia Brytyjczyków już dawno zostałaby przełamana. Tyle, że wyścig nie zrobiłby się od tego wiele ciekawszy.

Tegoroczna edycja Tour de France była swoistym eksperymentem, a podczas jej prezentacji w październiku 2018 roku nastroje były – delikatnie mówiąc – mieszane. Dominowała rzecz jasna radość, że w końcu wyścig będzie bardziej urozmaicony, co pozwoli wreszcie przerwać panowanie Team Sky, ale nie brakowało również głosów, że zaplanowanie na trasie tak wielu trudnych etapów wcale nie oznacza tego, że będzie ciekawiej, bo niewykluczone, że faworyci pojadą bardziej zachowawczo. Wtedy również prognozowano zwycięzcę, którego zadziwiająco wielu widziało w Nairo Quintanie, a z newsfeedów w social mediach przez długie tygodnie nie schodziła dyskusja, czy tym razem znowu wygra Froome, czy może jednak koszulkę obroni Geraint Thomas.

Jak jednak mawiał Woody Allen: „jeśli chcesz rozśmieszyć Pana Boga, opowiedz mu o swoich planach”. Froome nawiązał bliską znajomość ze ścianą pewnego budynku i start TDF obejrzał w telewizorze, G. okazał się na tyle zdeterminowany, że zdarzyło mu się (bez efektu) gonić Egana Bernala, a Quintana… no cóż. Jedyne, co się w tej układance na koniec zgadzało, to zwycięstwo jakiegoś Kolumbijczyka, który – nawiasem mówiąc – miał przed tym sezonem zupełnie inne plany. Ale najważniejsze, że wyścig od samego początku do końca był niezwykle interesujący, choć to nie tylko zasługa samej trasy, ale również mocno nastawionych na walkę kolarzy, na czele z Julianem Alaphilippe, który uczynił ten wyścig szalenie pasjonującym.

Nic więc dziwnego, że organizatorzy postanowili pójść za ciosem i na 2020 rok zaproponowali trasę, przy której nawet tegoroczna Vuelta dostaje rumieńców. Nie sądzę, by motywowała ich chęć zrobienia przyjemności Pinotowi, choć ten nie ukrywa, że profil trasy bardzo mu się podoba. Ale ciekawa i trudna trasa nie daje mimo wszystko żadnej gwarancji, że francuski kolarz nie znajdzie sposobu na kolejną spektakularną porażkę, co piszę nieco złośliwie, ale spluwając przez lewe ramię, bo akurat jazdę Pinota cenię sobie wysoko i we wszelkich przewidywaniach widzę go zawsze w roli faworyta. Los chce, że zwykle niestety dość pechowego.

Za typowanie faworytów przyszłorocznej Wielkiej Pętli zabiorę się nie wcześniej, niż na kilka dni przed startem wyścigu, bo dopiero wtedy będą znane przynajmniej przybliżone składy i dopiero wtedy będziemy mieli jako takie pojęcie o formie poszczególnych zawodników. Gdybym jednak miał dziś powiedzieć cokolwiek o tym, gdzie wypatrywać potencjalnego zwycięzcy Tour de France 2020, to odpowiedziałbym, że po prostu w najsilniejszej drużynie. Bo można się cieszyć widokiem tej trasy razem z Pinotem, albo można się na jej widok srodze zmartwić, co stało się przedmiotem żartów z Toma Dumoulina, ale nie zmienia to faktu, że zanim przyszłoroczny wyścig stanie u podnóża La Planche des Belles Filles, gdzie rozegrana zostanie 36-kilometrowa jazda na czas pod górę, trzeba tam będzie dojechać. A do tego trzeba będzie mieć piekielnie silny zespół, który będzie w stanie kontrolować wyścig od pierwszego do ostatniego etapu.

Nie spodziewam się wożenia liderów „w futerale”, spodziewam się za to wielu niestandardowych rozstrzygnięć i fantastycznej potyczki co najmniej kilku ekip. Już w tym roku chłopaki z Jumbo-Visma pokazali, że mają całkiem sprawnie działający patent na Wielkie Toury, wprowadzając swoich kolarzy na podium wszystkich, a jeden w cuglach wygrywając. A przecież to nie jedyny zespół, który będzie chętny do nawiązania walki z Team Ineos. Bo na przykład dlaczegoż nie miałaby tego zrobić nieźle na przyszły sezon uzbrojona ekipa Trek-Segafredo? I dlaczego – że tak prowokacyjnie zapytam – na dobry występ nie miałby mieć szans na przykład Giulio Ciccone?

Nie mam pojęcia kto wygra przyszłoroczną edycję Tour de France. I – prawdę powiedziawszy – nie chcę tego wiedzieć przed 19 lipca 2020 roku. Ten sport i ta zabawa polegają dla mnie między innymi na tym, żeby dać się codziennie zaskakiwać. Dopiero wtedy wydaje mi się to naprawdę ciekawe.

Foto: ASO / Thomas Colpaert

Wrogie przejęcie.

Dawno, dawno temu, w czasach, gdy jeszcze nie wychodziło się z pokoju podczas emisji reklam w telewizorze, bo były fascynującą nowością i oglądało się je z zaciekawieniem, emitowano między innymi spot, promujący jakąś markę komputerów. Warto w tym miejscu wspomnieć, że schemat produkcji reklam z wczesnych lat 90. był stosunkowo prosty: zachwalano walory produktu, a dla podkreślenia jego absolutnej wyjątkowości stosowano jakiś trik z pogranicza czarnego humoru i kompletnego absurdu, trochę w stylu Monty Pythona. I tak w rzeczonym spocie z komputerem sprzedawca zjawiał się na ekranie z wielkim rzeźnickim toporem, pytając kupującego czy mu towar poporcjować, na co ten żarliwie zaprzeczał, że „Nie, nie, nie, biorę w całości”.

Przypomniał mi się ten facet z toporem, bo był on wówczas jednym z wielu dowodów na to, że reklamy mógł produkować dosłownie każdy, kto tylko miał wystarczająco dużo szczęścia i paru znajomych na rodzącym się dopiero rynku reklamowym. Dzisiaj jest podobnie w każdej innej dziedzinie i wystarczy tylko dostęp do Internetu, by pierwszy lepszy Iksiński mógł zostać lekarzem, prawnikiem, trenerem, dietetykiem, albo specjalistą od naprawiania związków sportowych. Istnieje co prawda pewna subtelna różnica, bo farciarze od – nomen omen – topornych spotów z wczesnych lat 90. porobili fortuny, a my w większości przypadków wciąż jesteśmy w ciemnej d…, ale kto by się przejmował takimi drobiazgami. Ważne, że można sobie pogadać.

Czytam sobie zatem te litanie pomysłów na uzdrowienie naszego ulubionego związku sportowego i uśmiecham się pod wąsem, bo mam nieodparte wrażenie, że oglądam jakąś grę, w której ktoś godzinami lawiruje w gąszczu argumentów, by na koniec się o nie rozbić, zobaczyć napis „game over” i zacząć od nowa, bo to przecież niemożliwe, żeby się za setnym razem nie udało przejść tego poziomu, popełniając te same błędy. Przyglądam się więc temu z niezdrowym zainteresowaniem i na ogół staram się nie reagować, ale gdy widzę takie pomysły, że np. „należy w uzgodnieniu z ministerstwem i UCI dokonać czegoś na kształt „wrogiego przejęcia” PZKol, by uporządkować w nim sytuację”, jakaś część mojej racjonalnej duszy kona, ostatkiem sił wołając o litość.

No nie, panowie. Nie tędy droga. Ja rozumiem, że odniesienia do PZPN z czasów Fryzjera i spółki wyglądają atrakcyjnie, ale po pierwsze: kaliber tamtej sprawy był istotnie większy, niż tylko nieudolne zarządzanie związkiem; po drugie: na stole leżały poważne zarzuty korupcyjne, wobec których organy państwa nie mogły zachowywać wygodnej neutralności; a po trzecie wreszcie: pardon maj frencz, ale mimo wszystko środowisko kibiców piłkarskich stanowi jakąś siłę, istotną z punktu widzenia politycznej walki, więc i z tego powodu nie można było sprawy zostawić samej sobie, żeby się po prostu rozwiązała wewnątrz organizacji.

Nie jestem pewien, czy to w tym wszystkim nie jest argument kluczowy i czy nie warto zdać sobie w końcu sprawy, że w porównaniu z piłkarskimi ultrasami środowisko rowerzystów i kibiców kolarstwa w Polsce to w istocie zupełnie niewielka garstka miłych ludzi, z którymi fajnie jest żyć w zgodzie i budować im ścieżki, bo bywają upierdliwi z blokowaniem miasta w piątkowe popołudnia, ale z politycznego punktu widzenia są zupełnie pomijalni i trzeba by mieć nierówno pod sufitem, żeby ryzykować dla nich karierę i naginać obowiązujące reguły. Bardzo mi przykro, ale w tym kraju Rodzina Radia Maryja ma znacznie większą siłę, niż środowisko kolarskie, więc oczekiwanie, że się cudownie znajdą jakieś pieniądze na spłatę długów PZKol, to raczej czekanie na śnieg w lipcu. Z punktu widzenia interesów politycznych nie ma tutaj do ugrania zupełnie nic. Środowisko kolarskie skazane jest na siebie i na ludzi, których samo sobie wybrało do reprezentowania we władzach związku.

Ktoś w tym miejscu pewnie powie: „Ale zaraz, zaraz! Przecież ja nikogo nie wybierałem!”. W gruncie rzeczy byłoby dobrze, gdyby to powiedziała większość zainteresowanych, a jeszcze lepiej, gdyby im zaraz potem gdzieś między synapsami zaiskrzyło pytanie, czy się możliwość takiego wyboru ma. Bo i owszem: ma się.

Związek sportowy tym się różni np. od partii politycznej, że co do zasady powstaje oddolnie: najpierw są kluby, które zrzeszają się w organizacje na poziomie lokalnym, a następnie te powołują swoją reprezentację w postaci stowarzyszenia, którym w istocie jest każdy związek sportowy. Dokładnie taka sama ścieżka obowiązuje w przypadku powoływania władz tegoż, bowiem zarząd związku sportowego wybierany jest przez delegatów, którzy wcześniej wybierani są w strukturach lokalnych.

Jeśli więc ktoś dziś narzeka, że we władzach związku nie ma menedżerów, tylko średnio rozgarnięci działacze, to z dużym prawdopodobieństwem nigdy się nie zainteresował nawet tym, kto – poniekąd w jego imieniu – dokonał takiego, a nie innego wyboru. Żeby się nie bić tylko w cudze piersi przyznaję: ja też się tym nigdy wcześniej szczególnie nie interesowałem. Pies z kulawą nogą się tym nie interesował i między innymi dlatego mamy to, co mamy, bo zdecydowana większość lokalnych działaczy podejmuje decyzje według schematu tak prostego, jak przywołane na początku scenariusze reklam z lat 90.: ważne jest tylko to, żeby mieć swojego człowieka w zarządzie.

Wszyscy ludzie, z którymi na ten temat rozmawiałem, są zgodni co do jednego: nie ma fizycznej możliwości, żeby w takiej kryzysowej sytuacji, w jakiej obecnie znajduje się związek, mógł nim sprawnie zarządzać aż 9-osobowy zarząd, złożony w znacznej mierze z ludzi, którzy są tam wyłącznie po to, by reprezentować jakąś frakcję lub strukturę lokalną. Motywacja części z nich jest wyłącznie „reprezentacyjna” (sukcesem jest już sam fakt bycia w zarządzie), kompetencje żadne, a zaangażowanie zerowe, tym bardziej, że pracują za darmo. Jeśli do tego dodać, że na ogół wzajemnie się nie znoszą – mamy przepis na katastrofę doskonałą. Efektów nie trzeba daleko szukać, wystarczy posłuchać, co na przykład część zarządu mówi o człowieku, odpowiedzialnym za nieogarnięcie tematu strojów reprezentacji na mistrzostwa świata: „nie dał rady”. Helou?

Żeby zmienić tę sytuację nie trzeba wcale organizować pełzającego zamachu stanu i namawiać UCI i ministerstwo na „wrogie przejęcie” PZKol (jakby to usłyszał minister Bańka, to echo jego śmiechu straszyłoby kolejnych ministrów co najmniej trzy kadencje). Wystarczy się zaangażować w działanie struktur lokalnych i zadbać o to, żeby na następne Walne Zgromadzenie Delegatów wybrać takich ludzi, którzy nie pojadą tam na kolejne towarzyskie spotkanie i test trwałości wątroby, tylko z wolą rozwiązania problemu i pomysłami na to, jak realnie ratować związek. Dopóki jednak my będziemy snuli fantastyczne wizje o ministrze na białym koniu, który wjeżdża na pruszkowski tor z workiem pieniędzy i pręgierzem, przy którym publicznie wybatoży leniwych działaczy, dopóty oni będą kolportować mrzonki o tym, jak to kiedyś będzie fajnie. Ale nie zjawi się tam też żaden menedżer, jeśli sami o to nie zadbamy.

Tymczasem my wolimy marnować czas na jałowe dyskusje, a o sukcesach polskich kolarzy przez najbliższe lata będziemy czytali wyłącznie w podręcznikach historii. Niewykluczone, że na tajnych kompletach.

PS. O sytuacji związku i o tym, czy w ogóle jest jeszcze jakieś światło w tunelu, pogadaliśmy sobie w ubiegły czwartek podczas audycji Turdetur w Weszło.FM. Wpadł też na chwilę jeden z wiceprezesów PZKol, Sebastian Rubin i próbował nas przekonać, że w związku nastała nowa jakość. Czy faktycznie? Niech każdy sam się przekona, odsłuchać można tutaj.

Foto: Flickr / TechGeeks

Sparing.

Jeśli nie macie pod ręką zapasu popcornu, dobrze jest się zaopatrzyć. Nie za wiele i z Netflixa chyba też bym jeszcze nie rezygnował, bo na długi serial raczej się nie zanosi. Raczej na epizod. Niemniej ci, których choć trochę interesuje polskie kolarstwo, a zainteresowania te nie ograniczają się wyłącznie do spazmatycznych aktów strzelistych na temat błędów Majki i Kwiatkowskiego w zarządzaniu karierami, powinni nieco baczniej przyjrzeć się temu, co zapowiada się w Pruszkowie. A tamże zaczęło się coś DZIAĆ, bo zarząd naszego umiłowanego związku najwyraźniej postanowił wyzwać na ubitą ziemię ministra sportu.

Ruch dość odważny, choć mam pewne wątpliwości, czy właściwie przemyślany, więc gdybym miał obstawiać wynik tego sparingu, to prawdopodobnie postawiłbym na techniczne KO w pierwszej rundzie (o ile w ogóle do niej dojdzie). Przy czym piszę niniejsze słowa bez cienia satysfakcji, bo to tak naprawdę nie oznacza nic dobrego dla kolarstwa. Ale o tym, dlaczego tak uważam i skąd w ogóle te moje kasandryczne przewidywania, poniżej. Najpierw tło i wyjaśnienie kilku nieporozumień, które funkcjonują w powszechnym obiegu jako prawdy objawione.

Historię tego, skąd właściwie wziął się przedmiot sporu, czyli osławiony dług, opisałem dość obszernie tutaj, więc jeśli ktoś jest zainteresowany szerszą perspektywą – zapraszam. Long story short: dług wobec Mostostalu Puławy, opiewający dzisiaj na grubo ponad 9 milionów złotych, powstał w chwili, gdy ówczesny zarząd podjął decyzję o zleceniu wykonawcy dodatkowych prac przy ciągnącej się w nieskończoność budowie toru, bez uprzedniego uzyskania na ten wydatek wyraźnej zgody ministerstwa, które budowę cierpliwie finansowało. Innymi słowy: zadziałano standardowo: „Wicie-rozumicie, przecież bez tych instalacji nie mogą się odbyć mistrzostwa świata, a na to minister dać pieniądze musi”. Sęk w tym, że nie musiał, a od chwili, w której jakiś wyjątkowo skrupulatny księgowy w Banku Gospodarstwa Krajowego zaraportował, że te prace nie były wcześniej ujęte w kosztorysie, już nie tyle nie musiał, ile nie mógł.

Tu wracamy do wspomnianych wyżej nieporozumień. Niemal w każdej dyskusji na ten temat wraca jak bumerang przekonanie, że minister sportu jest jedyną osobą, która ma narzędzia do rozwiązania tego problemu. Tłumacząc z polskiego na nasze: może po prostu wyjąć kasę z tylnej kieszeni w spodniach, spłacić dług i zapomnieć o sprawie, a odtąd wszyscy będą żyli długo i szczęśliwie, zdobywając wszystkie medale na wszystkich olimpiadach.

Tu zła wiadomość: otóż z kilku powodów nie może.

Po pierwsze dlatego, że Ministerstwo Sportu i Turystyki również jest wierzycielem związku, który jest winny budżetowi państwa niemały pieniądz z tytułu kar za wydatkowanie środków niezgodnie z przeznaczeniem. A to oznacza, że gdyby minister wpłacił do kasy związku jakieś pieniądze, które chwilę później zabrałby komornik i temu samemu ministrowi oddał, potrąciwszy sobie należną prowizję, to z dużym prawdopodobieństwem pewien znany dyrektor sportowy zyskałby pod celą nobliwe towarzystwo do długich wieczornych pogawędek.

Zupełnie osobnym tematem jest kwestia tego, że minister żadnych pieniędzy na spłatę długów przelać związkowi nie może, nawet gdyby bardzo chciał. Tu bierzemy do ręki pomoc naukową w postaci ustawy o sporcie i szukamy, na co też minister może wydawać (skądinąd nasze) pieniądze. I widzimy: szkolenia, stypendia, nagrody, koszty udziału w zawodach sportowych, zakup sprzętu i mnóstwo innych rzeczy. O spłacie długów związku sportowego nie ma w ustawie ani słowa.

Kolejna, będąca źródłem wielu nieporozumień miejska legenda głosi, że minister może przejąć zarządzanie związkiem, wprowadzić tam komisarza, poukładać wszystko po swojemu, spłacić długi, a potem znowu będziemy żyli długo i szczęśliwie, opływali w medale i należny nam splendor (w końcu jest nas 38 milionów, więc należy nam się bardziej, niż Słoweńcom – też uwielbiam ten „argument”). Tymczasem w tejże samej ustawie czytamy, że minister nad związkami sportowymi sprawuje jedynie nadzór i posiada uprawnienia kontrolne, a w razie braku możliwości zarządzania związkiem przez wybrany przez delegatów zarząd, może złożyć do sądu wniosek o odwołanie tegoż zarządu i wprowadzenie do związku komisarza, którego jedynym zadaniem jest rozpisanie nowych wyborów. Nic mniej, nic więcej. W praktyce oznacza to tylko tyle, że może z tego uprawnienia skorzystać w gruncie rzeczy wyłącznie w przypadku pomoru lub masowych aresztowań, bo wystarczy, że zarząd ogłosi termin nowych wyborów, by sąd się w ogóle wnioskiem ministra nie zainteresował. O zarządzaniu związkiem sportowym, a tym bardziej regulowaniu przez ministra jego zobowiązań mowy więc być nie może.

Tyle rzeczywistość, opisana w kodeksach, pora zatem spojrzeć na tę alternatywną i spróbować rozkminić, w co gra zarząd PZKol, który wespół ze swoim największym wierzycielem (sic!) zwołał na środę konferencję prasową, na której zamierza przedstawić bieżącą sytuację. (Sądząc z czasu, jaki przeznaczono na poszczególne referaty, zbyt wiele do powiedzenia nie ma, ale nie uprzedzajmy wypadków).

Jedną z furtek, możliwych do wykorzystania (jeśli nie jedyną), jest możliwość przejęcia pruszkowskiego toru przez Centralny Ośrodek Sportu. Przywołana wyżej ustawa mówi bowiem o tym, że minister może – za pomocą jednostki budżetowej, jaką jest właśnie COS – inwestować w budowę i utrzymanie obiektów sportowych. Taka wizja jest kusząca, ale żeby mogła się ziścić, COS musiałby się stać właścicielem obiektu. I ta wizja dość mocno rozpala głowy ludzi w PZKol, bo oznaczałaby prawdziwe wyzwolenie z kłopotów: długi można byłoby spłacić, utrzymaniem toru przestać się przejmować, a jednocześnie nadal z niego korzystać, bo tor jest zasadniczo zbudowany tak, że wiele więcej poza jazdą w kółko na rowerze dziać się tam nie może, więc ryzyko, że przejmą go np. łyżwiarze figurowi jest stosunkowo niewielkie.

Z tego, co udało mi się już jakiś czas temu ustalić (choć 100% pewności nie mam), w zarządzie związku ta myśl idzie nieco dalej, bo przecież tor ma jakąś określoną wartość, znacząco przekraczającą wysokość długu wobec Mostostalu. W świecie idealnym możnaby więc tor sprzedać, nadal z niego korzystać, a za pieniądze z nadwyżki żyć długo i szczęśliwie, opływając w medale i czyniąc „dobro polskiego kolarstwa”.

Jest jednak pewien haczyk: COS jest jednostką budżetową, a państwo już raz za budowę tego toru zapłaciło (skądinąd naszymi pieniędzmi). Nie powinna więc nikogo dziwić wstrzemięźliwość w podejmowaniu decyzji o ponownym wyłożeniu kasy na ten zakup, bo trudno się w tym doszukiwać przesadnej gospodarności, a jej brak oznacza wiadomo co: długie wieczorne rozmowy o życiu i reglamentowane spacery. Jedyną racjonalną z punktu widzenia interesów budżetu drogą jest licytacja komornicza, ale to procedura, która dosyć długo trwa (bo nikt się raczej nie spodziewa szczęśliwego zakończenia po pierwszej licytacji), a ponadto robi się z czasem dość ryzykowna, bo może się okazać, że jakiś cwany deweloper będzie miał mniej cierpliwości i więcej pieniędzy, żeby wykupić obiekt i zbudować w jego miejscu urocze osiedle na skraju Pruszkowa.

Po co więc jutrzejsza konferencja? Moim zdaniem (choć zastrzegam, że to wyłącznie moje domysły) powody mogą być dwa:

Pierwszy (racjonalny): chęć wywarcia presji na ministra i COS w celu przyspieszenia działań, związanych z ewentualnym nabyciem toru. Ten pośpiech może się opłacać nie tylko prezesowi Mostostalu, który traci już cierpliwość, nie mogąc się doczekać słusznie należnych mu pieniędzy, ale również zarządowi, którego kadencja kończy się w przyszłym roku. Ocalenie toru, spłata długu, spora gotówka na koncie, a może jeszcze jakiś medal, wywalczony przez kolarzy w Tokio – i można sobie spokojnie meblować gabinet na najbliższe 4 lata.

Drugi (mniej racjonalny, ale nie mniej prawdopodobny): wiara w to, że minister w końcu „zrozumie swój błąd” i wiedziony głęboką troską o „dobro polskiego kolarstwa” zdecyduje się na szybkie rozwiązanie sprawy (tu patrz: powód pierwszy). A ponieważ wiadomo, że urzędujący minister niebawem kończy swoją pracę i oddelegowuje się do WADA, można to wykorzystać jako argument za tym, że się nie interesuje losem kolarzy i zasadniczo ma to wszystko gdzieś. I nawet, jeśli na obecnym ministrze nie zrobi to większego wrażenia, to kolejny rozpocznie swoje urzędowanie pod presją i z potrzebą „naprawiania błędów poprzednika”. Podejrzewam, że właśnie w tę stronę zostanie wyprowadzony „cios” przez PZKol.

Jakkolwiek idiotycznie by powyższe nie brzmiało, mam powody sądzić, że przekonanie o „winie” ministerstwa jest w zarządzie silne jak Moc w młodym Skywalkerze. Pamiętam jedną z rozmów, jaką podczas startu Tour de Pologne przeprowadziłem z jednym z członków obecnego zarządu i wypowiedziane przez niego słowa, które wprowadziły mnie wówczas w osłupienie: „Wszystko już jest tak, jak chciał minister: jest nowy zarząd, złożony wyłącznie z ludzi, których wcześniej nie było. Nastąpił oczekiwany reset, więc teraz czekamy, aż nam minister odda pieniądze„. A tu zonk, bo minister się ociąga.

Mam uzasadnione obawy, że jeszcze trochę związek będzie musiał poczekać, a jutrzejszy sparing skończy się dla niego raczej bolesną lekcją. W przeciwieństwie bowiem do związku, minister ma nieco więcej kart, którymi może zagrać. Przede wszystkim ma do dyspozycji program „Team 100”, którym może objąć znacznie większą liczbę zawodników, a ponieważ środki na szkolenie i tak przekazywane są przez resort za pośrednictwem PKOl, mogą być spożytkowane w inny sposób, niż to sobie wyobraża kolarska centrala. Nawet, gdyby trzeba było torowców na czas przygotowań do IO osiedlić w Mińsku czy Apeldoorn – nic nie stoi na przeszkodzie. Mam obawę, że związek, który próbuje ustawić pod ścianą ministerstwo, lada moment sam się pod nią znajdzie.

Problem w tym, że to wcale nie jest dobra wiadomość dla kolarstwa, zwłaszcza tego, które rozgrywa się nieco dalej od Pruszkowa. PZKol sprawia wrażenie, jakby już dawno skupił się wyłącznie na jednym oczku w głowie, tracąc z pola widzenia wszystkie inne dyscypliny poza torem. Teraz, wywołując wojenkę z ministerstwem, może osiągnąć taki efekt, że wszyscy przypomną sobie zapis artykułu 7. pkt. 1 ustawy o sporcie, który brzmi: „W celu organizowania i prowadzenia współzawodnictwa w danym sporcie może być utworzony polski związek sportowy”.

„MOŻE”. Czyli wcale nie musi.

Foto: Flickr / Ruud van der Lubben

Dlaczego nie jestem zaskoczony?

Aż 91 dni startowych. Prawie 14 tysięcy kilometrów, przejechanych w tempie wyścigowym. 33.300 kilometrów (jeśli wierzyć Stravie), przejechanych łącznie na wyścigach i treningach. To więcej, niż większość z nas przejeżdża w ciągu roku samochodem.

Wśród kolarzy z czołówki światowego peletonu tylko bracia Izagirre zbliżyli się w ubiegłym roku do tego wyniku. Gorka przejechał w wyścigach jeden dzień więcej, Ion – jeden mniej. Ale żaden z nich nie walczył o tak wysokie cele, jak Michał. Dostaliśmy zwycięstwo w Volta ao Algarve, Tirreno-Adriatico, Tour de Pologne. Kilka wygranych etapów, mnóstwo dobrych emocji. A do tego fenomenalny występ w Tour de France i trzy etapy, przejechane w czerwonej koszulce lidera Vuelty.

Kiedyś trzeba było za to zapłacić.

Rozmawiałem z kilkoma osobami, kiedy niepewny stawał się start Michała w Tour de Pologne. Wszyscy jak jeden mówili, że Michał jest po prostu potwornie zmęczony. Zresztą mówił o tym sam, choć część ludzi odebrała to początkowo jako usprawiedliwienie dla słabego sezonu. Ale ci, którzy kolarstwo znają lepiej z perspektywy kolarza, podkreślali, że to nie jest zwykły kryzys. To nie jest chwilowy spadek formy. To organizm upomina się o „swoje”. To zmęczenie narastało przez lata, aż w końcu, po kompletnie szalonym sezonie 2018 i mocnym początku bieżącego (pierwsze oznaki kryzysu pojawiły się dopiero pod koniec Paryż-Nicea), organizm Kwiato powiedział „dość”.

Podczas ubiegłorocznego Tour de Pologne zapytałem Michała, czy nie ma obawy, że dwa Wielkie Toury przed piekielnie trudnymi mistrzostwami świata to będzie za dużo? Odpowiedział wówczas, że chce spróbować czegoś innego, bo wcześniej stosowane schematy przygotowań też nie zawsze przynosiły spodziewane rezultaty. ” W sumie na tym to polega w kolarstwie, żeby próbować poznać swój organizm, a kiedy już osiągnę „dojrzały” kolarski wiek, będę to miał jakby „zaprogramowane” i łatwiej mi będzie dojść do szczytowej formy.” – mówił wówczas Kwiato.

Jedną z tych rzeczy, za które szanuję Kwiatka najbardziej, jest właśnie to, że każdego rozwiązania chce spróbować sam. Pewnie bez większych problemów znalazłby plan treningowy, odpowiadający jego charakterystyce. Ale w sportowej filozofii Michała doświadczenia innych są doświadczeniami innych, a jego kształtuje tylko to, czego sam doświadcza. Jestem przekonany, że tegoroczne doświadczenia uczynią go mocniejszym.

Decyzja o tym, że nie wystartuje w Yorkshire jest dla niego z pewnością rozczarowująca, bo na kolejne mistrzostwa świata o takim profilu trasy pewnie trzeba będzie jakiś czas poczekać. Ale jest jednocześnie decyzją niezwykle dojrzałą i odpowiedzialną, bo start za wszelką cenę byłby w tej sytuacji osłabieniem kadry biało-czerwonych, która z będącym w kapitalnej dyspozycji Rafałem Majką wcale nie jest zupełnie pozbawiona szans na sukces (choć oczywiście łatwo nie będzie).

Mam jednocześnie wielką nadzieję, że Michałowi uda się odbudować na tyle szybko i skutecznie, by śmiało mógł spojrzeć przed siebie na nowy cel, rysujący się na horyzoncie: igrzyska w Tokio. Za to trzymam kciuki najmocniej.