List otwarty do Adama Kornackiego

Drogi Adamie.
Wybacz, proszę, tę familiarność. Nie znamy się wprawdzie osobiście, ale pewnie nie raz czy dwa minęliśmy się gdzieś na korytarzu, będzie mi więc nieco łatwiej zwracać się do Ciebie po imieniu.

Pozwól też, że na wstępie odwołam się do dygresji z pewnej bliskiej mi dziedziny. Otóż nasz znamienity rodak Roman Ingarden rozwinął swego czasu pewną filozoficzną teorię, która zakładała, że poznanie istoty każdej rzeczy wymaga zawieszenia wcześniejszych sądów na jej temat.

Z dokonań fenomenologów obficie korzysta dziś nauka. Postęp, również w bliskiej Ci motoryzacji, niejednokrotnie dokonuje się dzięki zakwestionowaniu dotychczasowych osiągnięć. Z teorii o zawieszeniu osądów mniej lub bardziej świadomie korzysta też zawód dziennikarza, którego jednym z fundamentów jest oddzielanie faktów od opinii na ich temat.

Polecam spróbować. A przynajmniej, w zakresie opowiadania o relacjach między uczestnikami ruchu drogowego, wyzbyć się fałszywych przekonań i stereotypów, którymi Twoja wypowiedź ocieka niemal w każdym zdaniu.

Początkowo chciałem sobie darować odniesienie do owych „świętych krów”, ale pokusa jest zbyt duża. Okazuje się bowiem, że cała Twoja próba przedstawienia w tym świetle pieszych, jest w istocie siedmiominutową obroną występujących w tej roli kierowców. Przepyszna ironia losu i jakże nieoczekiwana zmiana miejsc.

W tym miejscu warto by się przynajmniej na moment skupić na meritum i wskazać najważniejsze przekłamanie, jakie bije z tego przekazu. Otóż nie, nie ma czegoś takiego, jak „bezwzględne pierwszeństwo” pieszych. We wchodzących niebawem w życie zmianach ustawy „Prawo o ruchu drogowym” nie znika obowiązek zachowania ostrożności, dotyczący zresztą wszystkich uczestników ruchu (art. 3 pkt. 1), osób znajdujących się w pobliżu drogi (art. 3 pkt. 2) oraz skierowany bezpośrednio do pieszych (art. 13 pkt. 1), nakazujący im w tym miejscu ostrożność „szczególną”.

Przypisywanie cech „bezwzględnego pierwszeństwa” wprowadzonej niedawno zmianie w zakresie korzystania z przejść dla pieszych (art. 13 pkt. 1a), jest fałszem. Tym większym, że przepis ten w istocie funkcjonował w polskim prawie od dawna, o czym, jako uczestnik ruchu, powinieneś wiedzieć. Od wielu bowiem lat rozporządzenie ministra infrastruktury regulujące znaczenie poszczególnych znaków drogowych, przy znaku informacyjnym D-6 (przejście dla pieszych) zawierało następujący opis:

„Kierujący pojazdem zbliżający się do miejsca oznaczonego znakiem D-6, D-6a albo D-6b jest obowiązany zmniejszyć prędkość tak, aby nie narazić na niebezpieczeństwo pieszych lub rowerzystów znajdujących się w tych miejscach lub na nie wchodzących lub wjeżdżających”.

Zmieniło się wyłącznie to, że obowiązujący od dawna przepis zyskał w tej chwili delegację ustawową, co w żaden sposób nie zmienia zasad korzystania z przejść przez pieszych oraz obowiązków kierujących pojazdami w ich pobliżu.

Zmieniło się w istocie tylko to, że od teraz w przypadku potrącenia pieszego na przejściu znacznie trudniejsze będzie odwoływanie się do zapisów ustawy jako aktu wyższego rzędu, bo regulacje te zostały po prostu wyrównane. Zabijanie pieszych na przejściach przestanie po prostu być bezkarne, jak często bywało do tej pory. (I kto w tym przypadku miał zaszczyt być „świętą krową”? Raczej nie zabity pieszy, bo – jak sam przypominasz – „świętych krów się nie zabija”).

Ale nie to jest w tym wszystkim tak naprawdę najważniejsze. Sedno problemu polega na tym, że swoją publikacją wpisujesz się w powszechny trend ignorowania podstawowego faktu: bez względu na sposób poruszania się po drogach, uczestnikami ruchu są ludzie. Jak to ładnie niedawno ktoś określił: nie istnieje konflikt między kierowcami a pieszymi, kierowcami i kierowcami, kierowcami i rowerzystami oraz żadna inna możliwa kombinacja.

Na drogach istnieje wyłącznie konflikt między ludźmi. Między człowiekiem i człowiekiem, bez względu na to, czy i jakiego rodzaju kierownice dzierżą właśnie w dłoniach.

Twój klip ten konflikt wyłącznie podsyca. Jest kolejną niechlubną kartą naszej lokalnej odmiany rasizmu, segregującego ludzi ze względu na sposób przemieszczania się z miejsca na miejsce. Znakomicie wpisuje się w haniebną teorię o „gorszym sorcie”, którym w tym wypadku wydają się być piesi. Wzmianką o świętych krowach wprowadziłeś nawet – o ironio! – „element animalny”. Prezes byłby dumny.

Te niespełna siedem minut wywodu o pieszych będących zagrożeniem dla spokoju ducha kierowców, to jedne z najsmutniejszych siedmiu minut w historii polskiej motoryzacji. Współczuję wszystkim, którzy to widzieli. Oraz wszystkim markom, które oferując Ci współpracę mimowolnie ten ponury obraz autoryzują.

Popełnianie błędów to jeszcze nie tragedia. Tragiczne w skutkach jest tkwienie w błędach.

Możesz to jeszcze naprawić. „Zabij to, zanim zniesie jaja”. Bo skutki takiego sposobu myślenia na drodze będą naprawdę tragiczne.

Z pozdrowieniami,

m.

Nie chcieli „wilka w owczarni”. Mają „czarne owce”

W styczniowym numerze „bikeBoard” popełniłem spory tekst o finansowaniu drużyn kolarskiego World Touru. Jeden z wniosków jest taki, że perspektywa finansowa większości ekip sięga maksymalnie kilku lat naprzód i kończy się z chwilą wygaśnięcia kontraktu z głównym sponsorem. Może nic specjalnie odkrywczego, ale jeśli ktoś jest ciekawy jak to wszystko funkcjonuje – zapraszam.

Kilka tygodni później opisywałem w Eurosporcie awanturę, jaka wybuchła po pojawieniu się w peletonie Jorge Mendesa, sportowego agenta, w którego portfolio błyszczy m.in. gwiazda samego Cristiano Ronaldo. Objął on swoją opieką Joao Almeidę i paru innych portugalskich kolarzy, co wywołało furię m.in. szefa Groupamy-FDJ Marca Madiota.

Niewiele brakowało, a skończyłoby się rytualnym darciem szat, bo wejście grubej ryby do kolarskiego grajdołka może poważnie zachwiać dotychczasowym status quo, na co zabetonowani w swoich schematach działacze za nic w świecie nie chcą się zgodzić.

Madiot sięga po argumenty, które oczywiście brzmią sensownie. Jest absolutnie zrozumiałe, że zarządzanie drużyną, w której za każdym kolarzem stoi agent domagający się wystawiania jego zawodnika pod groźbą sprzedaży go innej ekipie, byłoby znacząco utrudnione. Powstały w związku z tym chaos byłby z pewnością trudny do opanowania, bo jest jasne, że nie da się zadowolić wszystkich.

Ciekaw jednak jestem, jak szybko ten mur skruszeje. Od kilku tygodni słychać plotki o zakusach szefa BORA-hansgrohe Ralpha Denka na Remco Evenepoela. Szef niemieckiej ekipy chcąc się napić piwa nie wyklucza zakupu całego browaru, dał więc Patrickowi Lefevere sygnał, że jest w stanie przejąć cały Deceuninck-Quick Step. Termin na odpowiedź mija podobno jutro.

Jednocześnie w świat wysyłane są sygnały, że w zespole nie ma już miejsca dla Petera Sagana, którego kontrakt jest zwyczajnie zbyt drogi, sam były trzykrotny mistrz świata „za stary”, a tę kasę można zainwestować w „młodszych kolarzy”, co równie dobrze może oznaczać właśnie przejęcie belgijskiej drużyny, która od lat hurtowo wygrywa kolejne imprezy i od lat kończy niemal każdy sezon lamentem nad brakiem sponsorów i perspektyw.

Strach przed nieznanym jest oczywiście zrozumiały, ale prędzej czy później kolarstwo odkryje, że ucywilizowanie zasad transferu zawodników może się okazać zbawienne dla całej dyscypliny. Zatrudnienie profesjonalnych agentów, których zadaniem będzie nie tylko znalezienie jakiejś łaskawej drużyny, która przygarnie pozostawionego na lodzie zawodnika (miniony sezon pokazał, że nie zawsze kończy się to dobrze), ale również dbałość o to, by zawodnik miał szansę zarabiać np. na kontraktach reklamowych (co w kolarstwie wciąż należy raczej do rzadkości), może na koniec dnia przynieść jeszcze więcej korzyści.

Przede wszystkim pozwoliłoby uniknąć takich zagrywek, jakie stosuje właśnie Denk, próbując się dogadać z kolarzami z pominięciem Lefevere. W futbolu, z którego przykładu tak bardzo obawiają się czerpać kolarscy działacze, funkcjonuje bowiem zawarte między topowymi drużynami porozumienie, na mocy którego takich zakulisowych rozgrywek prowadzić nie wolno. Wszelkie oferty muszą być oficjalne i kierowane do kierownictwa klubu. Da się?

Uporządkowanie i skomercjalizowanie zasad transferów może sięgać też głębiej i znacząco wspierać słabsze zespoły, które mimo wszystko wychowują kolarzy robiących później karierę w World Tourze. Dla takiego choćby Gianniego Savio, szefa Androni Giocattoli-Sidermec, przestałby być dramatem i zagrożeniem dla dalszej egzystencji drużyny brak „dzikiej karty” na Giro d’Italia, gdyby dostawał należny mu procent od kolejnych transakcji jego wychowanków. Tak samo, jak na jednym z transferów Roberta Lewandowskiego zarobił swego czasu Znicz Pruszków. Da się?

Na marginesie: maksymalny ekwiwalent za wyszkolenie zawodnika przez nasze rodzime kluby wynosi… 3000 złotych. Taka kasa, że trzeba uważać, żeby nie wydać na głupoty…

Do tego wszystkiego trzeba jednak jednej rzeczy: zmiany sposobu myślenia. I o to właśnie mam najwięcej obaw, bo środowisko kolarskie tego właśnie nie lubi najbardziej. To nic, że dyscyplina funkcjonuje z roku na rok na granicy ryzyka finansowego. Te zasady obowiązują już od ponad stu lat i będziemy się ich trzymać do samego końca. Naszego lub jej.

No, zobaczymy. Bardzo mnie interesuje, jak zakończy się sprawa podkupowania Evenepoela. Ciekaw jestem, czego nauczy się z niej Denk i jak bardzo poobijany wyjdzie z niej Lefevere. I jak szybko Madiot, który dziś rękami i nogami broni się przed wejściem do kolarstwa profesjonalnych agentów, sam sięgnie po ich usługi, by zabezpieczyć się przed wykupieniem jego własnych zawodników?

Moim zdaniem zegar już tyka.

P.S. Korzystając z okazji zareklamuję jeszcze jeden materiał, tym razem z aktualnego „bB”, gdzie postanowiłem rozkminić pokoleniową „zmianę warty” w kolarskim peletonie. I nie, wcale nie chodzi o to, że młodzi przyszli i tupnęli nogą, bo ta ewolucja, której skutki właśnie oglądamy, rozpoczęła się co najmniej dwie dekady wcześniej. Zapraszam!

Foto Gian Mattia D’Alberto – LaPresse

Nie dajmy się zwariować. Czarny to również kolor

Bardzo ciekawa dyskusja wywiązała się pod wpisem na facebookowym profilu BIKE EXPO. Jego autorzy zalecają kolarzom zwiększenie swojego bezpieczeństwa przez jazdę w jaskrawych i dobrze widocznych strojach. Trudno się z tym nie zgodzić, ale przyznaję, że chociaż z zasady podpisuję się pod wszystkim, co może poprawić bezpieczeństwo kolarzy na drodze, tak w tym konkretnym przypadku piaskiem w trybach chrzęści mi drobna manipulacja, której – prawdopodobnie nieświadomie – ulegli autorzy tego skądinąd słusznego postulatu.

Jakiej manipulacji? O tym za moment.

Na początku drobne zastrzeżenie: każde działanie, które może poprawić nasze bezpieczeństwo na drodze, jest na wagę złota. Jazda z oświetleniem (również w dzień, choć prawo tego bezpośrednio nie wymaga), używanie kasku (także nieobowiązkowe, ale wiele mówiące o stosunku kolarza do innych uczestników ruchu), nie wspominając już o takich oczywistościach jak jazda sprawnym rowerem (jeśli komuś brzmi to jak banał, proponuję wejść na którąś z grup poświęconych rowerowemu „doradztwu”; wrzucane tam przez ludzi zdjęcia sprzętu, który od lat powinien spoczywać na złomie, potrafią naprawdę podnieść ciśnienie). Założenie jest proste: kolarska aktywność nierozerwalnie związana jest z ryzykiem. Wychodząc na rower powinniśmy zrobić wszystko, żeby to ryzyko minimalizować.

Jeśli mamy poczucie, że nasze bezpieczeństwo poprawi ubieranie się w jaskrawe stronie, ubierajmy. Ale osobiście nie czyniłbym z tego zalecenia, wokół którego warto rozpętywać gorącą dyskusję. Dlaczego? Ano dlatego, że – w moim przekonaniu – nie jest to autorski pomysł ludzi jeżdżących na rowerach, ale sprytne zagranie szeroko pojętego lobby motoryzacyjnego, które uwielbia przenosić odpowiedzialność za nieostrożną jazdę kierowców na innych uczestników ruchu.

Jestem z natury bardzo przekonany do roli nauki w różnych aspektach codziennego życia, ale jednocześnie mam w sobie duży sceptycyzm wobec bezkrytycznego posługiwania się badaniami, realizowanymi pod obronę konkretnej tezy. Wykształcenie dało mi jakieś pojęcie o tym, w jaki sposób należy realizować badania naukowe, ale również o tym, jak łatwo je wykorzystać do niewinnych z pozoru manipulacji. Jeśli chcemy coś udowodnić, to bez problemu znajdziemy na to „naukowe” dowody.

W taki sposób na przykład przeciwnicy jazdy w kaskach podpierają swoje stanowisko wynikami badań, z których płynie wniosek, że kierowcy widząc rowerzystę w kasku przejeżdżają bliżej niego, uważając go za „chronionego”. Oczywiście nikt nie wnika w warunki, w jakich przeprowadzano ten eksperyment i nie zawraca sobie głowy takimi zmiennymi, jak na przykład pozycja człowieka na rowerze. W przypadku kolarza szosowego przeciętny kierowca nie ma szans na sprawdzenie, co rowerzysta ma na głowie, bo ten jest zwykle tak pochylony, że widać to dopiero z bliska. Ale „badania mówią, że jazda w kasku zmniejsza bezpieczeństwo kolarza”. No cóż. Jeśli chcemy, żeby tak mówiły…

W kwestii koloru kolarskiej odzieży jest podobnie. Wyniki badań z pewnością nam powiedzą, że żółta koszulka jest lepiej widoczna od czarnej. Ale czy zawsze? Na tle pola kwitnącego rzepaku również? A w pomarańczowej bluzie na tle jesiennego lasu też będziemy bardziej widoczni? Jakoś nie jestem przekonany.

Jaki efekt chcesz osiągnąć, taki dostarcz wynik

Po co więc robi się takie „badania”? Najczęściej niestety po to, by przerzucić odpowiedzialność z kierowców na innych uczestników ruchu. Zwłaszcza w Polsce, która słynie z wiktymizacji ofiar wypadków, byle tylko w żaden sposób nie ograniczać prawa kierowców do niepodzielnego panowania na drodze. Jeśli ktoś nie wierzy, to polecam przestudiować długą listę argumentów przeciwko powszechnemu w cywilizowanym świecie pierwszeństwu pieszych wchodzących na przejście (dopiero od lipca ma wejść w życie także u nas) oraz bogate orzecznictwo w przypadku potrąceń na przejściach, gdzie nierzadko schorowane staruszki podlegały nagle gwałtownemu ozdrowieniu i rączo wbiegały pod koła niczego się nie spodziewających i Bogu ducha winnych kierowców. A wszystko to w majestacie prawa i poparte rozległymi dowodami i badaniami biegłych.

Innym przykładem jest całkowicie opacznie u nas rozumiana tzw. zasada ograniczonego zaufania, z której treści literalnie wynika, że jej stosowanie służy przede wszystkim do tego, by wśród uczestników ruchu wyłowić tego, którego zachowanie wskazuje niestosowanie się do przepisów i zachowanie potencjalnie niebezpieczne dla innych. Ale ponieważ u nas łatwiej wskazać palcem te wyjątki, które jeżdżą zgodnie z przepisami, odwrócono jej znaczenie w taki sposób, by łatwiej było obciążać odpowiedzialnością ofiary. Tłumaczy się im wówczas, że „nie powinny były zakładać, że są bezpieczne, gdyż zasada ograniczonego zaufania mówi, że…” itd.

Na marginesie: jeden z najwyżej pozycjonowanych w Google serwisów internetowych adresowanych do kandydatów na kierowców „wyjaśnia”, że owa zasada „mówi głównie o tym, że zdarzają się na drodze sytuacje, w których bezwzględne stosowanie się do innych zasad ruchu drogowego i przepisów nie jest najważniejsze”. Tak, to prawdziwy cytat.

Co to ma wspólnego z ubieraniem się na kolorowo? Ano właśnie to, że stosuje się tutaj niemal identyczny mechanizm. Ubierasz się na czarno? Czuj się winny, jeśli coś ci się stanie, bo nie dałeś biednemu kierowcy szansy na to, żeby cię w porę zauważył.

Otóż nie. Czuj się dobrze, bo przecież przede wszystkim po to poszedłeś na rower, żeby sobie poprawić samopoczucie. Jeśli nie czujesz się komfortowo w fikuśnych gaciach w jaskrawych kolorach, to nie zmuszaj się do tego wyłącznie po to, żeby nie narazić na szwank dobrego samopoczucia mijających i wyprzedzających cię kierowców. To oni mają wynikający bezpośrednio i wprost z przepisów OBOWIĄZEK zachowania ostrożności i jazdy z taką prędkością i w taki sposób, by nie narazić na niebezpieczeństwo innych uczestników ruchu.

Nawiasem mówiąc: ty masz takie same obowiązki, gdy jeździsz na rowerze. Ale zakładanie na tyłek kolorowych ciuchów do nich nie należy. Lubisz? Spoko. Nie lubisz? Też spoko.

Chcemy ułatwić innym życie i stać się bardziej widoczni na drodze? Róbmy to. Ale nie dajmy sobie wmówić, że ubieranie się na kolorowo to nasz obowiązek.

Zaświecenie sobie pod siedzeniem widocznej w każdych okolicznościach i w każdych warunkach pogodowych lampki jest dużo lepszym pomysłem na to, żeby zapewnić ci widoczność. I to już bynajmniej nie jest kwestia czyjegokolwiek samopoczucia lub gustu. To po prostu sprawa rozsądku.

(No chyba że jazdę z oświetleniem uniemożliwia ci „kolarskie” ego, ale na to nie ma już żadnego lekarstwa i sposobu).

Foto oficjalnie kradzione od eroe.cc. „Najlepsze Bibsy Świata” wożę na własnym siedzeniu i niechętnie zamieniłbym na inne. Są zawodowo czarne i nie czuję w związku z tym żadnych wyrzutów sumienia ani wyjeżdżając na szosę, ani wracając z niej bogatszy o ślady błota.

Niech ktoś zatrzyma tę karuzelę śmiechu

Międzynarodowa Unia Kolarska (UCI) postanowiła zadbać o dobre samopoczucie kolarskiej społeczności w trudnych czasach pandemii i dzień po dniu publikuje kolejne produkty swojej nieograniczonej wyobraźni, których stosowanie ma znacząco poprawić bezpieczeństwo kolarzy. Na razie światło dzienne ujrzały m.in. zakazy zjeżdżania siedząc na górnej rurze (tzw. pozycja super tuck) i opierania się łokciami o kierownicę, czyli jazda na „niewidzialnej czasówce”. Czekam na obowiązek instalacji dzwonka.

Mam podejrzenia, że cichym sponsorem UCI został jakiś producent maści na zajady, bo na razie to chyba będzie jedyny realny efekt tych „regulacji”. 1 kwietnia jako data wejścia tych pomysłów w życie też wiele mówi o ich powadze. Choć nie można wykluczyć, że paluchy w tym maczał również Zwift. Być może organizacja wirtualnego czempionatu weszła UCI tak mocno, że postanowiła wszystkie inne imprezy sprowadzić pod względem atrakcyjności do wspólnego mianownika z jazdą na trenażerze.

Kiedy jakiś czas temu ujawniono listę postulatów i projekty regulacji, mających na celu poprawę bezpieczeństwa kolarzy w wyścigach, patrzyłem na nią z podziwem i lekkim niedowierzaniem, że komuś udało się towarzystwo z Aigle przekonać do tak racjonalnych pomysłów. Bo w tym projekcie prawie wszystko trzymało się kupy: jednolite standardy zabezpieczenia trasy (nie tylko na finiszach), idący za standardem system ocen organizatorów i obowiązek powoływania menedżera ds. bezpieczeństwa, obszerna baza danych o wypadkach i ich przyczynach itd. To wszystko miało ręce i nogi. To, co widzimy dzisiaj, to jakaś niesmaczna groteska.

Trudno odmówić racji Michałowi Kwiatkowskiemu, który twierdzi, że te wszystkie pomysły to forma zrzucania odpowiedzialności za bezpieczeństwo wyścigów na kolarzy. Zamiast skupić się na zagwarantowaniu odpowiednich warunków do ścigania, Unia koncentruje się na wymyślaniu sytuacji, w których kolarze mogą popełnić błąd.

Jedynym skutkiem takich działań będzie przeregulowanie zasad, skutkujące tym, że wyścigi staną się śmiertelnie nudne. Zapomnijmy o ucieczkach i szukaniu minimalnych przewag. Przyzwyczajmy się do kończenia każdego etapu finiszem. Bezpiecznym dopiero od przyszłego roku, bo wdrożenie jednolitego standardu barier na metach odłożono w czasie. Są ważniejsze sprawy, jak chociażby super tuck.

Co gorsza, nawet do sensownych rozwiązań UCI podeszła od d… strony. Bo o ile rozsądne jest zwrócenie uwagi na nagminne śmiecenie na trasie wyścigów, z wyrzucaniem bidonów gdzie popadnie na czele, o tyle przerzucenie obowiązku pilnowania tego na kolarzy nie ma większego sensu. Wożenie w kieszeniach pustych bidonów nieszczególnie poprawi bezpieczeństwo jazdy. Konieczność zorganizowania na trasie większej liczby „zielonych stref” rozwiązałaby ten problem. O tym pomyśle, choć również znalazł się na ogłoszonej w grudniu liście postulatów, na razie jest jakoś niespecjalnie głośno. Zamiast tego proponuje się karanie kolarzy.

Stworzenie rankingu „zielonych wyścigów”, co poniekąd jakiś czas temu zapoczątkowali organizatorzy Giro d’Italia, tworząc na własne potrzeby kategorię „Green Ride”, mogłoby całe kolarstwo uczynić atrakcyjniejszym i społecznie nieco bardziej odpowiedzialnym. Na razie jednak „Green Ride” funkcjonuje tylko w postaci hasztagu i wysyłanych kilka razy w roku komunikatów prasowych, w których RCS Sport chwali się hybrydową lub elektryczną flotą. I to by było na tyle, jeśli idzie o walory „edukacyjne”.

Już nie mówiąc o tym, że „dawanie przykładu” UCI mogłaby zacząć od siebie, ustawiając kalendarz i wymogi wobec organizatorów w taki sposób, by kolarstwo nie wymagało nieustannego latania samolotami. Bo na razie ten „zielony sport” zostawia za sobą całkiem pokaźny ślad węglowy.

Ale to nie tym razem. Na razie UCI największy problem widzi w „niewidzialnej kierownicy”.

Foto: Lotto-Soudal Cycling Team

Ulotna pamięć

O czym tu mówić? Przecież wszystko już zostało powiedziane – bronił się w pierwszej chwili Tadeusz Mytnik, kiedy zadzwoniłem do niego, żeby porozmawiać o Ryszardzie Szurkowskim. I rozmawialiśmy prawie godzinę. Przy czym „rozmawialiśmy” to w tym przypadku wielkie słowo, bo ja właściwie tylko notowałem w ciszy kolejne pytania, starając się mu nie przerywać opowieści.

Z takich rozmów z Mytnikiem, Januszem Pożakiem i Lechem Piaseckim powstał tekst, z którego wyłania się obraz Szurkowskiego nie tylko jako triumfatora mistrzostw świata, czterokrotnego zwycięzcy Wyścigu Pokoju i ponad czterech setek innych imprez, ale przede wszystkim jako człowieka o nieprawdopodobnie złożonej osobowości.

Te opowieści pokazują niejako dwa oblicza Mistrza: genialnego kolarza, który niemal do perfekcji opanował umiejętność „czytania wyścigu”, jak to się zwykło obrazowo opisywać. I zamkniętego w sobie, obsesyjnie pilnującego prywatności odludka, którego pozawyścigowe życie bywało tajemnicą nawet dla najbliższych znajomych.

Przyznaję, że zafascynował mnie ten obraz. Jednym z powodów jest zapewne to, że mnie w ogóle w sporcie najmniej interesują wyniki, a najbardziej proces, który prowadzi do ich osiągnięcia. A u Szurkowskiego ten proces był niezwykle bogaty i złożony.

Złapałem się w pewnej chwili na myśli, że właśnie taki obraz Mistrza najbardziej chciałbym zapamiętać. Bo Szurkowski, skarżący się przyjacielowi na to, że został źle potraktowany przez młodych kolarzy, deprecjonujących jego dokonania w amatorskim peletonie, wydaje mi się po stokroć bardziej ludzki, niż gdy z uśmiechem udzielał kolejnego wywiadu po wygranym wyścigu.

Nie mam najmniejszych wątpliwości, że tylko tę zwycięską, uśmiechniętą twarz Mistrza pokryjemy niebawem brązem, zostawiając potomnym z kilkoma linijkami informacji:

Ryszard Szurkowski
1946-2021
kolarz
mistrz świata, dwukrotny medalista igrzysk olimpijskich, czterokrotny zwycięzca Wyścigu Pokoju

A przecież to właśnie ta jego najbardziej złożona natura mogłaby nas najwięcej nauczyć. I trochę się boję, że w naszej ulotnej pamięci ta najcenniejsza nauka przepadnie.

Foto: Mieczysław Świderski / Newspix

Opinie jak niemiecka chemia. Złe zagraniczne lepsze od naszych dobrych

Nie zgadzam się z oceną całej imprezy przez pryzmat jednego tragicznego wydarzenia. Moim zdaniem jest mocno niesprawiedliwa. Na zestawienie wyróżnienia PS ze zdjęciem z wypadku i podpisem „Cała Polska w jednym tweecie” nie zasłużyli sobie ani inicjatorzy nagrody, ani organizatorzy imprezy, ani jej uczestnicy, ani tym bardziej owa „cała Polska”.

Jeśli jest w sporcie coś, co pociąga mnie w nim w sposób szczególny, to jest to jego złożoność i wielowymiarowość. To coś, co sprawia, że nie jest dziedziną oderwaną od życia, ale pewną jego szczególną formą. I gdy tylko się zechce, można jej się przyjrzeć nieco bliżej. Rozłożyć na części pierwsze i zrozumieć, co składa się na sukces, a co jest przyczyną porażki.

Całkiem jak w życiu, tylko nieco łatwiej, bo tu zazwyczaj wiemy, czego należy szukać.

My jednak zazwyczaj wolimy iść na skróty i patrzeć wyłącznie na jedną stronę tego – nomen omen – medalu. Jak często przy ocenie wyników sportowców. I przy wynikach pewnych wyborów.

Burza, jaka rozpętała się wokół wczorajszej nagrody Przeglądu Sportowego dla Tour de Pologne pokazuje to jak na dłoni. Choć tym razem o oceny było jeszcze łatwiej, bo skrytykowali ją „zagraniczni eksperci”, a to dla wielu rodzimych komentatorów kolarstwa niczym głos wyroczni. „Zagraniczni eksperci” z natury rzeczy muszą mieć rację.

Ale czy na pewno mają?

W żadnym zagranicznym komentarzu nie znalazłem analizy innych wydarzeń, z którymi TdP konkurował o miano „Imprezy Roku”. Nie sądzę, by ktokolwiek w ogóle zadał sobie takie pytanie, a wydaje mi się w tej sprawie fundamentalne, bo rok 2020 był w wydarzenia raczej ubogi. Tour de Pologne się jednak odbyło, mimo wyjątkowo trudnej sytuacji, przypominającej momentami chodzenie po polu minowym. I okazało się – również mimo makabrycznego wypadku na 1. etapie – wyjątkowo udane pod względem oglądalności. Oraz frekwencji, jeśli wziąć pod uwagę fakt, że na trasie nie powinno być właściwie nikogo.

Nikt nie zadał sobie i organizatorom plebiscytu pytania o kryteria, jakimi się kierowano przy wyborze. Wybór oceniono przez pryzmat „złego wrażenia”, jakie wywołał wypadek Fabio Jakobsena w Katowicach. Wypadek, który nie został przecież przez organizatora spowodowany, choć niewątpliwie pokazał jak na dłoni, że pewne rzeczy można było rozwiązać inaczej.

Tyle tylko, że to wszystko wiemy dzisiaj.

W sierpniu byliśmy wszyscy skoncentrowani na tym, by w okolicy mety nie było kibiców, bo takie były wymogi narzucone przez UCI organizatorom wyścigów w czasie pandemii. Nikt nie był w stanie przewidzieć, jakie skutki uboczne przyniesie ich stosowanie. Nie przewidzieli tego organizatorzy, nie przewidziała ustalająca dla nich wytyczne UCI, nie przewidzieli również uczestnicy imprezy. Dlaczego więc pretensje skupiają się tylko w jednym miejscu?

Po zdarzeniu pozostało złe wrażenie. Pełna zgoda. Ale czy siedem z rzędu dopingowych zwycięstw Armstronga w Tour de France zrobiło dobre wrażenie? Czy dobre wrażenie sprawiło wycofanie się dwóch zespołów z ubiegłorocznego Giro d’Italia? Dlaczego akurat wobec Langa jesteśmy tacy surowi? Bo tak spontanicznie orzekli „zagraniczni eksperci”?

„To nie tak. Wyścig jest świetnie zorganizowany, a kolarze uwielbiają przyjeżdżać do Polski. Poza tym macie cudownych kibiców i fantastyczną atmosferę. Naprawdę, to poziom światowy. Natomiast nie zmienia to faktu, że kolarze powinni być lepiej chronieni” – powiedział niedługo po wypadku Patrick Lefevere, pytany przez Marka Bobakowskiego o to, czy uważa, że wyścig jest źle zorganizowany.

Pięć zdań, z których cztery chwalą organizację wyścigu, a ostatnie wskazuje na potrzebę zwrócenia większej uwagi na bezpieczeństwo kolarzy. My skupiliśmy się tylko na nim, adresując je wyłącznie w stronę organizatora, choć przecież podmiotów odpowiedzialnych za bezpieczeństwo kolarzy jest znacznie więcej. Od nich samych począwszy, na UCI ustalającej szczegółowe do poziomu wysokości skarpetki zasady skończywszy.

Nie lubię wcielać się w rolę obrońcy Tour de Pologne. Sam wielokrotnie krytykowałem organizatorów za różne rzeczy i ciągle uważam, że imprezę można pod wieloma względami uatrakcyjnić i poprawić. Ale jednocześnie mam w sobie dość pokory, by nie krzyczeć z fotela „a nie mówiłem!”, oceniając po fakcie sytuację, której skutki były moim zdaniem niemożliwe do przewidzenia.

Jednostronność tych ocen jest dla mnie zaprzeczeniem wszystkiego, co ważne w sporcie, którego istotą jest pokonywanie przeszkód, a nie uginanie się pod ciężarem krytyki.

Ocena całej imprezy przez pryzmat jednego tragicznego wydarzenia jest mocno niesprawiedliwa. Na zestawienie wyróżnienia PS ze zdjęciem z wypadku i podpisem „Cała Polska w jednym tweecie” nie zasłużyli sobie ani inicjatorzy nagrody, ani organizatorzy imprezy, ani jej uczestnicy, ani tym bardziej „cała Polska”.

No ale cóż. Wybór nie spodobał się „zagranicznym ekspertom”. Posypaliśmy więc sobie zachodnią przyprawą naszą własną stęchliznę i postanowiliśmy się w niej rozsmakować. Przecież skoro zagraniczne, to musi być dobre.

A tak na marginesie, choć kiedyś już o tym wspominałem: wideo z finiszu w Katowicach przez jakiś czas było najczęściej wyszukiwanym klipem w polskim internecie. Filmy z wypadku zostały łącznie wyświetlone kilka milionów razy.

Skoro robią „złe wrażenie”, to dlaczego je tak wytrwale oglądamy?

Edukować? Tak. I straszyć karami

Coraz rzadziej daję się wciągnąć w internetowe dyskusje na temat bezpieczeństwa na drodze. Szkoda czasu. Głównie z uwagi na sposób prowadzenia tych dysput, o którym pisałem jakiś czas temu tutaj. Już dawno nie dowiedziałem się tą drogą niczego nowego, za to niemal za każdym razem przekonuję się o tym, w jak kiepskiej kondycji jest nasza edukacja, o znajomości prawa nie wspominając.

Nie znaczy to jednak, że nie jestem na bieżąco. Mam pewną grupę znajomych, którzy nieustannie podsyłają mi linki do takich dyskusji, a czasami wręcz całe ich obszerne fragmenty, pytając co sądzę na ich temat. To miłe, choć trochę niezasłużone. I najczęściej uprzejmie podpowiadam, żeby nie marnowali swojego czasu na kopanie się z koniem. Mój były szef miał takie powiedzonko: „nie ucz świni angielskiego, bo stracisz czas i wkurwisz świnię”. Coś w tym jest, choć warto oszczędzić przede wszystkim własne nerwy.

Ale jedna rzecz zwróciła ostatnio moją uwagę i to z jej powodu postanowiłem napisać niniejszy tekst: powracający raz po raz postulat, że nie należy gmerać w prawie, tylko edukować uczestników ruchu i ewentualnie piętnować tych, którzy na edukację są odporni. Zwykle ów postulat poparty jest „argumentem”, że jak ktoś chce sobie sam zrobić krzywdę, to nie należy mu za bardzo przeszkadzać.

Edukacja? Wolne żarty

Owszem, porywa mnie wizja powszechnej edukacji jako remedium na problemy z bezpieczeństwem na drogach. Tyle tylko, że jest zwykłą utopią, bo najzwyczajniej w świecie nie działa, w każdym razie samodzielnie. A nie działa z bardzo prostego powodu: jest wbrew ludzkiej naturze.

Gdyby ludzie poprzestawali na tym, czego się nauczyli, prawdopodobnie nadal pocieraliby kamieniem o kamień. Mamy jednak w głowach coś takiego, co każe nam nieustannie kwestionować naszą dotychczasową wiedzę i szukać nowych sposobów na realizowanie tego, z czym dotychczas sobie świetnie radziliśmy.

Ewolucja wyposażyła nas w dwie nogi uznając, że powinny nam wystarczyć do przemieszczania się z miejsca na miejsce. To człowiek wymyślił, że w tym samym celu może dosiąść osła. Kilka tysięcy lat później wynalazł rower, a chwilę później automobil, czym doprowadził do tego, że może przestały nas w końcu doganiać tygrysy, ale zaczęliśmy ginąć pod kołami własnych wynalazków. Natura ewidentnie nie znosi próżni.

Problem z ruchem drogowym polega jednak na tym, że jest on względnie bezpieczny dla jego uczestników tylko wtedy, gdy wszyscy zachowują się w sposób przewidywalny dla innych. To dlatego tęgie głowy wymyśliły zbiór reguł, zwany później kodeksem drogowym. Gdybyśmy się nie umówili, że poruszamy się określoną stroną drogi, zatrzymujemy na czerwonym, a na zielonym jedziemy dalej, na drogach panowałby nieopisany chaos. A przecież również w tym miejscu moglibyśmy powiedzieć, że jeśli ktoś chce sobie zrobić krzywdę, to w sumie jego sprawa.

Reguły są po to, by ich NIE łamać

Tymczasem gdy zatrzymujemy się na czerwonym świetle przy pustym skrzyżowaniu, to nie wygłaszamy długich wywodów o zdrowym rozsądku, tylko na ogół grzecznie stoimy i czekamy, aż zaświeci się zielone. I niestety bardzo często nie robimy tak dlatego, że jesteśmy dobrze wyedukowani, ale po prostu obawiamy się kary.

To nie jest żaden przypadek, że najwyższy poziom bezpieczeństwa na drogach jest na ogół w tych krajach, które mają najbardziej restrykcyjne prawo. Tam już dawno temu odkryto, że sama edukacja nie jest wystarczająca do zapewnienia ludziom bezpieczeństwa, bo wiedza o tym jak należy się zachowywać nie powstrzymuje ludzi przed szukaniem innych, w ich mniemaniu lepszych, sposobów na poruszanie się po drogach. Powstrzymuje ich dopiero wizja kary. I robi to tym skuteczniej, czym potencjalna kara jest bardziej dotkliwa.

Zdaję sobie sprawę, że w Polsce jest to szczególnie trudne do przyswojenia, bo przez lata budowaliśmy w sobie przekonanie, że mandaty są sposobem na ratowanie dziur w budżecie. Nawiasem mówiąc niejednokrotnie dokładnie tak się działo, a czasami dzieje i dzisiaj. Tymczasem wiele krajów – i tu znowu mowa o tych, w których mandaty są najdroższe – w ogóle wpływów z tego tytułu nie uwzględnia w swoich możliwych przychodach. Bo rolą kodeksu wykroczeń jest przede wszystkim zapobieganie ich popełnianiu, a mandaty po to ustala się na wysokim poziomie, by ludzie najzwyczajniej w świecie nie chcieli ich płacić.

Najprostszą do tego celu drogą jest unikanie popełniania wykroczeń. Czyli – eureka! – stosowanie się do reguł określonych w prawie, a nie poleganie na edukacji i zdrowym rozsądku. Choć jedno i drugie w ruchu drogowym jest bezdyskusyjnie nieodzowne. Ale pozbawione bata w postaci przepisów i systemu surowych kar najzwyczajniej w świecie nie działa.

Foto: Flickr / Tejvan Pettinger

Maszyna do uszczęśliwiania

Z Michałem Kwiatkowskim rozmawiałem ostatni raz tuż przed mistrzostwami świata. Świeżo po Tour de France, podczas którego wygrał jeden z etapów i to w stylu, który na długo pozostanie w pamięci kolarskich kibiców.

Zapytałem go wówczas, czy ta wygrana daje mu poczucie, że jest choćby częściowo „rozliczony” z Tourem. Odpowiedział, że chociaż to zwycięstwo smakowało mu szczególnie i cieszy się, że wpadło do jego palmares, to w istocie niewiele ono zmienia w jego podejściu do jazdy. Bo ta zmiana nastąpiła znacznie wcześniej.

„Moje marzenia o rozwijaniu się jako kolarz na klasyfikację generalną Wielkich Tourów musiałem już jakiś czas temu zrewidować. Czas mnie goni, a nie wybaczyłbym sobie, gdybym przed końcem kariery nie wygrał chociażby po raz trzeci Strade Bianche” – powiedział. I dodał: „Mam jeszcze wiele do ugrania w wyścigach, które wygrywałem do tej pory i to jest mój plan na przyszłość”.

Przygotowując się do tej rozmowy uznałem, że dzień przed wyścigiem o tęczową koszulkę to nie jest właściwy moment na pytanie o nowy kontrakt. Po tych zdaniach, które przytoczyłem powyżej, byłem jednak pewien, że jeśli nawet sprawa nie jest jeszcze do końca dogadana, to z dużym prawdopodobieństwem jakiś ogólny jej zarys został już ustalony. Bo kiedy Michał mówi o „planach”, to zwykle ma na myśli rzeczy, nad którymi jakaś praca już się rozpoczęła. Wszystkie inne znajdują się w sferze „marzeń”.

Kłopot z polskimi kibicami kolarstwa w dużej mierze polega na tym, że nie potrafią od siebie tych dwóch pojęć odróżnić. Kiedy więc Kwiato mówi o swoich marzeniach, są zazwyczaj odbierane jako deklaracja przyniesienia na tacy kolejnych zwycięstw.

Trochę przewrotnie zapytałem na Facebooku, czy jest jakieś jedno miejsce, w którym można poczytać lamenty na temat przedłużonego przez Michała kontraktu. Do tego nie trzeba się szczególnie wysilać, bo niemal pod każdą wzmianką na ten temat na bank znajdzie się jakiś „fachowiec”, który zaserwuje gawiedzi rozkminę o tym, jak to Kwiatkowski marnuje swój talent na wożenie bidonów i bycie „wyrobnikiem” pracującym dla innych kolarzy. Można by w tym miejscu ze znudzeniem ziewnąć, gdyby nie to, że te „opinie” są później bezmyślnie powielane przez innych.

Chyba nigdy nie zrozumiem nieustannego postponowania jednego z najwyżej cenionych za wszechstronność kolarzy, który mógłby być fundamentem dowolnego zespołu. Żaden jednak nie zagwarantuje mu zwycięstw i żaden nie zapewni mu roli lidera, bo dziś właściwie „etatów” liderów w zespołach już nie ma. Wyścigów jest zbyt dużo, a przyszłość wielu ekip zbyt niepewna, by odgrywać jakiekolwiek partie rozpisane na wcześniej określone role. To wszystko zmienia się zbyt szybko, by przywiązywać się do jednego scenariusza. Geraint Thomas i Tao Geoghegan Hart mi świadkami.

Kwiato miał niebywałe szczęście i dobrego nosa, trafiając do ekipy, która jako jedna z nielicznych jest w stanie swoim kolarzom zapewnić względną stabilność. Drużyny, która w tym roku udowodniła, że nie ma w jej szeregach świętych krów i że nawet ci wyżej wspomniani „etatowi” liderzy muszą się nauczyć godzić z rozczarowującymi decyzjami.

To w barwach tego zespołu sięgnął po znakomitą większość swoich wspaniałych zwycięstw, chociaż wielu ludzi ciągle twierdzi (a ja nadal nie wiem na jakiej podstawie), że gdzie indziej zdobyłby ich więcej.

I teraz ta właśnie ekipa z nie najmłodszym, bo już 30-letnim i jednym z najlepiej zarabiających w peletonie kolarzem przedłuża kontrakt o kolejne trzy lata.

Michał ma plan nadal wygrywać. Jeśli to nie jest droga do jego realizacji, to nie wiem, co by nią mogło być.

I jeszcze taki cytat mi się przypomniał, który pasuje do tej sytuacji jak ulał. „Ludzie muszą zrozumieć, że Maradona nie jest maszyną do ich uszczęśliwiania” – miał onegdaj o sobie samym powiedzieć „Boski Diego”.

Michał rzecz jasna nie ma w sobie tyle buty. Choć czasami powinien.

Foto: Getty Images

Nie umiem cieszyć się sportem gdy na ulicach bite są kobiety

Kiedy kilka lat temu ruszałem z tym blogiem zakładałem, że będę pisał głównie o sporcie. O tym, co mnie fascynuje, pochłania i sprawia, że chcę być coraz lepszy w tym co robię. Coś mnie jednak tknęło i zostawiłem sobie również „furtkę” do pisania o innych sprawach. Nie musiałem, bo ostatecznie mój blog – moja sprawa, ale chciałem być uczciwy wobec tych, którzy tu zaglądają. Do kwestii uczciwości jeszcze za moment wrócę.

Przez te kilka lat wiele się zmieniło. Sporo na lepsze, bo moje okazjonalne pisanie tutaj i dla Sport.pl otworzyło mi z czasem szansę na komentowanie kolarstwa w Eurosporcie, a później na pełnoetatową pracę dla stacji i okazję do uczenia się z każdym dniem czegoś nowego.

Ale wiele też zmieniło się na gorsze, zwłaszcza jeśli idzie o sytuację w naszym kraju. Jeden z moich znajomych udostępnił niedawno na Facebooku post sprzed czterech lat, opatrując go komentarzem: „Wtedy wydawało mi się, że jest słabo. Teraz myślę, że nie wiedziałem nic o słabo”.

Trudno się z nim nie zgodzić.

Dziennikarzem się tylko bywa. Człowiekiem się jest

Wczoraj wieczorem i dzisiaj rano przez moje timeline’y w mediach społecznościowych przewinęło się mnóstwo postów o występie naszej reprezentacji i kolejnym przegranym meczu kadry Brzęczka. Zobaczyłem wiele analiz, włącznie z tymi, które dotyczyły pomeczowego studia.

Poczułem wyraźny niesmak. Niekoniecznie dlatego, że nie pałam przesadną sympatią do piłki nożnej. Raczej dlatego, że wydaje mi się, iż w kraju dzieją się jednak dużo ważniejsze rzeczy niż nasze niemrawe występy w Lidze Narodów. W chwili, w której na naszych ulicach bite są kobiety, a policja wypuszcza w tłum dziesiątki tajniaków, których jedynym celem jest eskalacja konfliktu i prowokowanie do użycia siły, nie potrafię z siebie wykrzesać zainteresowania nawet dla sukcesów naszych sportowców. Ekscytacji porażką nie rozumiem tym bardziej.

Żeby było jasne: nie oceniam intencji moich kolegów i nie jest moim zamiarem ich krytykować. Mówię wyłącznie za siebie. Ja wyrosłem w przekonaniu, że dziennikarzem się tylko bywa. Człowiekiem i Polakiem się jest. Nie umiałbym spojrzeć w oczy swoim dzieciom i usprawiedliwić mojego milczenia w tym trudnym czasie potrzebą zachowania „obiektywizmu”, niezbędnego do opisywania wydarzeń sportowych.

To sprawa naszej przyszłości

To nie jest również kwestia poglądów. To sprawa elementarnej uczciwości, której tak bardzo brakuje rządzącym. Wszystkim, odkąd pamiętam, ale tym obecnym o tyle szczególnie, że nikt wcześniej nie posunął się do tak bezczelnych i jawnych kłamstw, mających służyć usprawiedliwieniu nieodpowiedzialnych decyzji.

Jeśli komuś się wydaje, że polityka ze sportem ma niewiele wspólnego, niech rozejrzy się wokół i poszuka odpowiedzi na pytanie, ile obiektów sportowych w jego okolicy zostało zrealizowanych za unijne pieniądze, których bezsprzecznie nadal więcej dostajemy, niż wkładamy do wspólnotowego portfela. Jeśli ktokolwiek uważa, że sport na decyzjach obecnej władzy nie straci, niech sobie przypomni, ilu polskich sportowców skorzystało na możliwości doskonalenia swoich umiejętności w zagranicznych klubach, by później błyszczeć w biało-czerwonych barwach.

Jeśli ktokolwiek myśli, że sport i polityka nie powinny się z sobą mieszać, niech przeczyta ten tekst o polskich zawodniczkach, które nie mogą skorzystać z konstytucyjnego prawa do wyrażania swoich poglądów, jeśli nie są zgodne z linią partii i działających w jej imieniu nominatów w państwowych firmach ów sport sponsorujących. I nie, wcale tu nie chodzi o działania godzące w wizerunek sponsorów, bo to jeszcze byłoby zrozumiałe. Chodzi o zdanie na temat elementarnych wolności i spraw od sportu zupełnie dalekich.

Nie czas na udawaną neutralność

Dziś po południu jak zwykle usiądę na dyżurze i pewnie napiszę kilka tekstów o tym, co dzieje się w sporcie. Zrobię to jednak bez entuzjazmu, myśląc zapewne w tym samym czasie o moich przyjaciołach, którzy w tym czasie być może znowu będą bici przez policję w imię utrzymania za wszelką cenę władzy przez ludzi, którzy „wolność” rozumieją tylko wtedy, gdy wszyscy myślą tak samo jak oni.

Chciałbym, żeby się to wszystko jak najszybciej skończyło. Chciałbym znowu zacząć cieszyć się sportem. Obawiam się jednak, że jeszcze długo to nie nastąpi. A niewykluczone, że niebawem jedyne radości będziemy czerpać z sukcesów naszych podwórkowych drużyn. Bo w zrujnowanym pandemią i coraz bardziej nieuchronną gospodarczą klęską kraju zawodowy sport będziemy lada moment musieli budować zupełnie od nowa.

Ale cóż. Widocznie ważniejsze jest to, by paru facetów w kiepskich garniturach miało satysfakcję z tego, że dopięli swego. Że przez chwilę „mieli rację”.

To nie jest czas na milczenie i udawanie zdystansowanych i obiektywnych. To jest czas, by jednoznacznie stanąć po stronie wolności i prawa do wyrażania siebie w taki sposób, jaki każdemu z nas najbardziej odpowiada. Jeśli to zaniedbamy, to ludzie, którzy dziś mówią kobietom jak mają żyć i rodzić, jutro powiedzą nam wszystkim, jakim sportem możemy się interesować.

Foto: Flickr.com / Grzegorz Żukowski

A miało być tak pięknie. I było, tylko krótko

Już był w ogródku, już witał się z gąską… Już dotarł na miejsce i zameldował się w hotelu. Chwilę się zdrzemnął, poszedł na spacer po okolicy w oczekiwaniu na moment, w którym zjedzie się reszta ekipy. A gdy w końcu wszyscy się zjechali, usłyszał wiadomość, której usłyszeć nie chciał: ostatni tydzień Giro E został właśnie odwołany.

No cóż. W pewnym sensie spodziewałem się tego od samego początku. Nie można było nie brać tego scenariusza pod uwagę patrząc na to, co dzieje się w całej Europie. I co zdarzyło się dotąd w samym Giro d’Italia, z którego po pierwszym tygodniu wycofały się dwie ekipy. Chyba też nie można było podjąć tej decyzji wcześniej, bo testy wśród załogi Giro E były wykonywane w poniedziałek. Ja wówczas byłem już w drodze do Cividale dei Friuli. Decyzja zapadła po godzinie 19, kiedy okazało się, że kilka z nich, w tym jeden w mojej ekipie, okazał się pozytywny.

Byłem oczywiście, jak wszyscy, bardzo rozczarowany. Ale nie byłem zły, bo w pełni rozumiałem tę sytuację. Istotą Giro E było to, że chociaż była to niezależna impreza, to była bardzo mocno „sklejona” z Giro d’Italia. „Elektryczny” wyścig startował co prawda w innych miejscach, ale jechał tą samą trasą i przyjeżdżał na tę samą metę co zawodowy peleton. Tam spotykał się z tą samą ochroną, odwiedzał to samo podium i stykał się z tą samą obsługą wydarzenia. Dopiero później udawał się do wyodrębnionej strefy, gdzie czekał na koniec etapu Corsa Rosa i transfer do następnej lokalizacji.

Organizująca oba wydarzenia firma RCS Sport musiała podjąć niełatwą decyzję. Odwołanie ostatnich etapów Giro E prawdopodobnie oznacza dla nich spore straty, bo ta impreza miała również całkiem pokaźne grono swoich sponsorów, którzy liczyli na realizację założonych wcześniej celów. Ale jej pozostawienie wiązało się z dużym ryzykiem dla Giro d’Italia, którego przerwanie byłoby dla organizatora kompletną katastrofą. Wybrano rozwiązanie drastyczne ale konieczne.

Nam pozostało tylko wykorzystać pozostały do powrotu do domu czas najlepiej, jak to możliwe. Poszliśmy więc zwiedzić miasteczko i chwilę pooddychać czystym włoskim powietrzem. Człowiek mieszkający od kilku lat w Krakowie nie może takich okazji marnować 😉

Tu słowo o towarzyszach mojej niedoli. Na miejsce dotarłem razem z Frederikiem, francuskim dziennikarzem jednego z magazynów rowerowych, a wieczorem dotarł do nas Alejandro, dziennikarz z Hiszpanii. Ja miałem jeszcze kilka godzin na relaks i spacer, ale Alejandro został złą informacją powitany już na progu. Akurat jedliśmy kolację, kiedy przysiadł się do naszego stolika i kręcąc z niedowierzaniem głową co jakiś czas sondował, czy przypadkiem nie padł ofiarą jakiegoś zbiorowego wkrętu. Niestety nie.

Poszliśmy zatem do miasteczka, przez które dwukrotnie przejeżdżał wyścig. Mieliśmy trochę czasu, więc zaczęliśmy się włóczyć: Frederic poszedł podziwiać „Diabelski Most”, z którego słynie Cividale dei Friuli, Alejandro ruszył na zakupy i obłowił się w „La Gazzettę dello Sport” i włoskie magazyny kolarskie, a ja snułem się bocznymi uliczkami i zasiadłem w jakiejś małej kafejce, żeby się napić porządnego włoskiego espresso.

To właśnie podczas wszelkich podróży lubię najbardziej: zasiąść w ustronnym miejscu, daleko od turystów, zabytków i atrakcji, które mnie najzwyczajniej w świecie nudzą. Zamiast tego wolę właśnie usiąść w jakimś cichym kącie i popatrzeć na to, jak żyją w nim inni ludzie.

A we włoskich małych miasteczkach najbardziej urzeka mnie brak pośpiechu. Za każdym razem nie mogę się nadziwić, dokąd my właściwie codziennie tak bez sensu pędzimy?

Wyścig przejechał raz i drugi, wróciliśmy więc do hotelu, gdzie czekał już na nas transport na lotnisko.

Jadąc myślałem sobie o dwóch rzeczach. Po pierwsze: Włosi zaskoczyli mnie niespotykaną dyscypliną. Na ulicy Cividale nie spotkałem chyba nikogo, kto nie miałby poprawnie założonej maski, zasłaniającej usta i nos. Przyjechało na rowerach sporo amatorów; każdy miał na szyi buffa, którego po zatrzymaniu się natychmiast naciągał na twarz. Bez cierpiętniczych min, bez strojenia fochów i wygłaszania wyssanych z palca teorii o grożącej w wyniku zasłaniania ust grzybicy. W północnych Włoszech chyba każdy zna kogoś dotkniętego chorobą w wiosennej fali pandemii. To uczy pokory. Mam wrażenie, że ta nauka dopiero przed nami.

Jestem też bardzo wdzięczny naszym opiekunom, którzy mimo złych wieści, jakie mieli nam do przekazania, cały czas zachowywali się bardzo profesjonalnie. Żadna z osób, z którymi mieliśmy kontakt, mimo otrzymania chwilę wcześniej negatywnego wyniku testu nawet na chwilę nie zdjęła maski. My zresztą również. Jak wyglądają dowiedzieliśmy się dopiero przy kolacji i to z daleka, bo z obawy o nasze zdrowie bardzo nas przeprosili, ale zaproponowali, że będą jeść osobno. Jeszcze nigdy nie widziałem tak zakłopotanych Włochów, ale osobiście byłem im za ten gest bardzo wdzięczny.

Ale pomyślałem sobie również o tym, że choć była to jedna z moich krótszych wizyt we Włoszech (nie najkrótsza, bo już zdarzało mi się parę razy jechać lub lecieć tam na kilka godzin), to jednak ta nieco zaskoczyła mnie intensywnością doznań, choć przecież wiele się nie wydarzyło. Miałem za to sporo czasu by przemyśleć sobie kilka rzeczy.

Jedną z nich było to, że umiejętność akceptacji często zmieniającej się rzeczywistości jest jednym z moich najsilniejszych atutów. Nie marnuję czasu na niepotrzebny bunt, staram się całą energię włożyć w przystosowanie do nowych warunków. Pewnie dlatego tak łatwo się tym zmianom poddaję. A wszystko wskazuje na to, że kolejna czai się tuż za rogiem.

Przez ostatnie kilka tygodni parę razy przyszło mi do głowy, że może podjąłem złą decyzję, wybierając ostatni tydzień Giro E. Na moment ta wątpliwość ponownie wróciła. Odeszła, gdy dostaliśmy zapewnienie, że nasze zaproszenie jest ważne na kolejną edycję imprezy, kiedykolwiek się w tej nieprzewidywalnej rzeczywistości odbędzie.

Nie ma więc czego żałować. Ta przygoda wciąż trwa i wszystko wskazuje na to, że będzie mieć ciąg dalszy.